Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

11 maja 2024

Wakacyjna (?) lektura: "1945. Polowanie na niemieckich naukowców"

Podczas długiej majówki przeczytałem książkę Sean Longdena "T-FORCE. The Race for Nazi War Secrets" o niezwykłej jednostce alianckiej armii: T-Force, której zadaniem było zabezpieczenie naukowych i technicznych zasobów niemieckiej technologii, zanim zostałyby zniszczone przez faszystów lub rozkradzione. To chyba najogólniejsze ujęcie tego, co robiła ta jednostka, choć nie oddające ani kierunków poszukiwań, ani rodzaju materiałów i osób. Polskie tłumaczenie tytułu odkrywa część tej tajemnicy: jednostka interesowała się wybitnymi naukowcami niemieckimi, których przesłuchiwano, namawiano do współpracy, a nawet wywożono.

Powieść rozpoczyna osoba Iana Fleminga, autora książek o przygodach Bonda. To właśnie on, pracując w sztabie, wskazywał pierwsze cele T-Force. Wojenne doświadczenie dostarczyło mu dużo inspiracji do książek, szczególnie "Moonraker". Niektóre elementy przygód Bonda można kojarzyć z działaniami niezwykłej amerykańsko-brytyjskiej jednostki. Przyszłościowe wynalazki, niebezpieczna wiedza, tajne zadania, wyścig z wrogiem, nowoczesne pojazdy i zabójcza broń. 

Początki tworzenia T-Force opisane są z dużym patosem, składało się na nie kilka batalionów, w tym Królewscy (King's Regiment z Liverpool). Planując inwazję, przewidziano specjalną sub-dywizję, której cel określono jako "identify, secure, guard and exploit valuable and special information, including documents, equipment and persons of value to the Allied armies". Nie ma co ukrywać, że informacje te dotyczyły przede wszystkim militariów, by technologicznie dogonić Niemców, którzy konstruowali nowe łodzie podwodne, samoloty, rakiety V2, pociski i karabiny, gazy bojowe, optykę, reaktory  jądrowe, i szereg innych rozwiązań do zastosowania wojennego. Niemcy byli w badaniach zaawansowani, a nieraz stali u progu przełomu odkryć.

Lekko uzbrojone oddziały opanowywały interesujące ich cele wraz z przesuwaniem się frontu, nie uczestnicząc w walce frontowej. Szukali archiwów, dokumentów technicznych, map, kluczowych ludzi, a w przypadku laboratoriów i fabryk zabezpieczali urządzenia. Zdarzały się sytuacje, gdy doprowadzali do kapitulacji jakiejś jednostki i wyprzedzali oddziały regularne, ale więcej było w tym negocjacji i studzenia emocji, niż walki. Ich celem najczęściej było wydzieranie tajemnic niemieckiej zbrojeniówki i sądząc z opisów akcji, byli do tego dobrze przygotowani. Książka prezentuje ich szlak bojowy, ubarwiając go szczegółami z akcji i losami wybranych żołnierzy, choć to ostanie często czyni anachronicznie.

Proza żołnierskiego życia i realia frontu nie pojawiają się w powieści zbyt często, ale gdy już są, brzmią realnie. Koniec wojny to nie tylko radość z jej końca, to też rozkład i bieda przemysłowych Niemiec, prostytucja, głód. Podział Niemiec na strefy nie osłabił, a wręcz zintensyfikował działania T-Force w celu zabezpieczenia przed sowietami zarówno zdobyczy intelektualnych, jak i ludzi mogących dać podwaliny dla przemysłu powojennego. Książka opisuje takie akcje, w których wprost wydzierano je ze strony sowieckiej, lub manipulowano dokumentacją. ZSRR już wkrótce miał być wrogiem w zimnej wojnie. Całkiem wiarygodny wydaje się też opis, w którym armia radziecka demontuje wszystko, co może, bez względu na wartość, łącznie z pisuarami.

T-Force zarzuca się, że wręcz porywali naukowców, konstruktorów, biznesmenów, że stosowano przymus, ale autor broni jednostki przed takim postawieniem sprawy, twierdząc, że Niemcy zawsze mieli pewne pole wyboru w kwestii swojego dalszego losu i pracy, choć oczywiście zabroniono im budować potencjał militarny Niemiec i byli internowani. Z opisu powieści można wnioskować, że przesłuchania odbywały się w cywilizowany sposób, o co nie podejrzewałbym strony radzieckiej.

Nigdy nie powstał spis tego, co zdobyto działaniami T-Force, a szacunki wartości zdobyczy są całkowicie rozbieżne o grube rzędy jednostek. To były tysiące zgłoszeń patentowych, wiele urządzeń technicznych, w tym znacznie lepsze niż aliantów, np. tunele aerodynamiczne do testów samolotów. Broni, aparaturze i zabranym zasobom takim jak uran towarzyszyli czołowi niemieccy fizycy i chemicy, wiele skrzyń dokumentacji, której było tak dużo, że nie została w pełni spożytkowana. W ostatniej fazie eksploatacji i ogałacania Niemiec wojskowi byli wręcz zażenowani sytuacjami, w której pojawiały się dziesiątki delegacji do tego celu, a zabierane urządzenia i technologie miały służyć przemysłowcom zachodnim w różnych branżach. Tak wyglądały reparacje wojenne.

Te fakty budują zrozumienie w czytelniku, skąd brał się powojenny boom. To nie tylko wielkie pieniądze zainwestowane w przemysł, to wiele ujawnionych sekretów, nowe bodźce dla konstruktorów i wynalazców, i nowe wyzwanie dla odradzającej się gospodarki Niemiec, by zbudować coś lepszego w wyścigu techniki. Wartość wiedzy i naukowców potwierdził powojenny postęp, Niemcy szybko odbudowały swój potencjał, a działania T-Force pojawiły się w książkach historyków dopiero kilkadziesiąt lat później.

25 lutego 2024

"Nie zdążę" - recenzja książki o wykluczeniu transportowym

 Z dużym zainteresowaniem podszedłem do nowej lektury autorstwa reporterki Olgi Gitkiewicz, po wcześniejszym zaliczeniu "Zapaści" Marka Szymaniaka, gdzie problem wykluczenia transportowego także się przewijał. Wreszcie pozycja popularyzująca ważki problem społeczny! Zachęcimy mnie również błyskotliwe opisy książki wydanej w 2019 roku:

Gdyby Maria Antonina żyła w Polsce w pierwszej dekadzie XXI wieku, doradziłaby: "Nie mają transportu publicznego? Niech jeżdżą samochodami".

Jakże celne, patrząc na naszą nowoczesną historię, prawda? Okładka przedstawia opuszczony, starego typu przystanek autobusowy z dachem z blachy falistej, i z miejsca dodaje atmosfery pustki i grozy. Autorem zdjęcia jest Filip Springer, również reporter, który, jak Szymaniak, ma na koncie książkę o "mniejszych miastach". Na odwrocie oczy przykuwa zdanie o wykluczeniu transportowym 14 milionów osób. Chodzi o mieszkańców gmin, w których nie ma ani kolejowego, ani autobusowego transportu publicznego.

Pierwszy rozdział przenosi nas do USA, by opowiedzieć o podstępnych sposobach przemysłu samochodowego, który wypierał transport publiczny, i o tym, jakie były tego skutki. To wstęp, po którym już przenosimy się do Polski, by poznać siłę uzależnienia od samochodu i skutki tego uzależnienia. Przeplatają się tu historie opowiadane z przeszłości z wypowiedziami spotkanych osób i własnymi relacjami, gdyż autorka pisząc książkę dwa lata, dużo podróżowała. Powoli przekonuje o tym, że postawienie na transport osobisty wpłynęło na problemy transportu ogółem i zapaść transportu publicznego. Przy czym ten pierwszy generuje nowe problemy, które mógłby rozwiązać drugi.

Wykluczenie to nie tylko brak całkowity transportu, ale i jego poważne ograniczenie. Bo co to za transport, co jeździ dwa razy na dzień i tylko do piątku? Problem transportu z małych miejscowości jest dyskryminujący, uderza głównie w dwie grupy: dzieci — uczniów i seniorów, a wśród nich są to głównie kobiety. Bez dojazdu to prawo jazdy i auto są artykułami pierwszej potrzeby, a wykluczenie transportowe może skutkować wykluczeniem w nauce, zdrowiu czy rozwoju osobistym. Tylko czy tak musi być i być powinno? Wiemy, że nie, bo ani dzieci nie będą mieć prawa jazdy, ani społeczeństwo nie młodnieje. I tu jest sedno problemu i zarazem wielka wartość w pokazaniu go czytelnikom.

Opowieść przechodzi do zanikających połączeń PKS i pojawiających się busów prywatnych, które to jednak często są biedatransportem, poniżej standardów, zawodnym i zdanym na łaskę przewoźnika. Bardzo celna jest tu uwaga o politykach, którzy najczęściej z transportu publicznego rezygnują. Skoro tak, to dlaczego miałoby im na nim zależeć? Pojawiają się i problemy prawno-ustawowe.

Jednym z kluczowych organów polskiej legislacji jest kolano. Na kolanie ustawi się pisze i kolanem przepycha przez Sejm.

I tu płynnie przechodzimy do PKP i problemów kolei, które na brak upolitycznienia także nie narzekają. W kolejnych historiach poznajemy ludzi kolei, złożoność działania PKP, problemy organizacyjne i wyzwania historyczne i współczesne, jak z połączeniem Lubin-Legnica i protestami pominiętych mieszkańców innych stacji. Kolej ma być szybka czy powszechna? Jak ma wyglądać komunikacja z pasażerami? 

Gdy pięćdziesiąty raz słyszysz, że za utrudnienia, opóźnienia, cokolwiek, przepraszamy, to jakby ci ktoś w pysk dał.

Reporterka pokazuje problemy, a nie rozwiązania, i w głowie czytelnika one się piętrzą. Poznajemy historię szynobusów, problemy Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego, wiele historii osobistych, historię połączenia sponsorowanego przez zakład zależny od IKEA i tego, jak zanikają połączenia, a dworce zamierają.

Część "kolejowa" książki jest znacznie dłuższa od "drogowej" i poprzetykana tyloma wątkami i informacjami, że jako czytelnik się tym zmęczyłem i straciłem poczucie, które są ważniejsze, które poboczne. Jest ich dużo i razem nie tworzą fabuły, która się zazębia. Choć od czasu do czasu padają liczby, to nie ma tu statystyk tym bardziej, że problemów wykluczenia transportowego praktycznie się nie mierzy. Bo czy miarą może być tu opóźnienie? Część kolejową kończy rozdział-fantazja o "Upadku cesarstwa Pekap", która jest niczym innym tylko humorystycznym podsumowaniem problemów, jakie grożą końcem PKP.

Muszę wspomnieć, że ujęła mnie forma snucia opowieści, która ma gdzieniegdzie niemal swój poetycki charakter, czasem stanowi go cytat, czasem luźne skojarzenie czy ujęcie problemu, lub krótki rozdział-przerywnik niczym złota myśl. Bardzo lubię tworzenie klimatu i tu on pasuje do narracji książki z drogi. Jest też wiele złotych myśli, które można cytować, by zachęcać do tej lektury.

Ale są rzeczy, które podobały mi się mniej. Trudno od każdego reportażu wymagać statystyk i rozbicia w punkty problemu, szczególnie że państwo abdykowało z mierzenia go. Jednak przydałoby się więcej równowagi w tym, by przekazać, co jest istotne i w tym, co dalej.

Bo oprócz kwestii splątania wielu wątków kolejowych inny mój zarzut odnosi się do tego, że w całej książce jasnych punktów, dających nadzieję na poprawę, jest mało. Jest przykład Czech, gdzie transport działa regularniej, jest wskazanie na rolę internetowych aplikacji, marzenia o doświadczeniu Niemczech, gdzie mało zamieszkane obszary próbuje się skomunikować taksówkami w funkcji autobusu. Brakuje mi wskazania tego, że samochody osobiste stały się marzeniem w Polsce z powodu wykluczenia transportowego i marzeń o podróży, a nie z powodu ostrej konkurencji. Brakuje w opowieści poważnych konkurentów dla  publicznych usług jak przewozy Flixbus czy Bolt, którzy wpłynęli na dostępność transportu. Nie ma mowy o robotaxi, elektrycznych rowerach (choć są rowery, kopenhagizacja), co prawda rok wydania usprawiedliwia częściowo autorkę, ale miałem tu niedosyt snucia wizji przyszłości innej niż katastrofalna. A przecież jako kraj bogacimy się i stać nas i na więcej aut, i na inwestycje. Dlaczego końcowym akcentem ma być upadek, a nie wzorce sukcesu?

Korzystając z okazji, spytałem o to na jednym ze spotkań autorskich. Pisarze takie spotkania miewają (można zdobyć autograf!) z szerszym lub węższym audytorium. W odpowiedzi Olga przyznała, że widzi takie nadzieje raczej w działaniach samorządowych i działaniach nowoczesnych polityków, rozwiązaniach społecznych, niźli w działaniach korporacji. Jako przykłady podała  zmiany w gminie Końskie i działania P. Matysiak. Korporacje szukają zysku na problemach, tworząc niekoniecznie udane rozwiązania, jak hulajnogi elektryczne zawalające miasta. Przyznała też, że w części regionów koleje poprawiły swoje funkcjonowanie, w tym i koleje dolnośląskie, co oznacza, że państwo Pekap tak łatwo nie upadnie. Odczytuję to jako zmianę zdania i wycofanie czarnej wizji. Ale jestem też przekonany, że autorka nie wierzy w technologiczne rozwiązanie problemów transportu ogółem, ani w sens zielonej transformacji, raczej wyrażała obawy, że wzmocni ona wykluczenie np. wysokim kosztem autobusów.

Na pewno jest jeszcze dużo rzeczy, które trzeba zmienić na lepsze, i nadal są ryzyka, że wykluczenie dotknie wiele osób, np. wskutek utraty zdrowia i zaniku transportu publicznego. Warto też zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo uzależniło nas posiadanie auta. Dlatego polecam książkę i śledzenie rozwoju transportu ogółem, bo obok ubóstwa energetycznego transport to drugi słabo opanowany problem regionów.

8 lipca 2023

Wakacyjna lektura: "Nowy wspaniały świat" Huxley'a i demografia

 Aldous Huxley to autor powieści "Nowy wspaniały świat" (oryg. "Brave New World") napisanej w 1931 roku. Powieści znanej z wizji świata, gdzie dzieci hoduje się poza organizmami matek, gdzie panuje konsumpcja, seks, przyjemność. Książka ta już ponad 90 lat inspiruje, zastanawia, budzi obawy o przyszłość. W poniższym wpisie chciałbym skupić się na demograficznej stronie powieści i przedstawić kilka szczegółów z tej niezwykłej wizji.

Nie będę więc relacjonował powieści, ba, nie mam nawet zamiaru posłużyć się polskim tłumaczeniem. Należę raczej do fascynatów drążących szczegóły z fabuły utworu i historii jego powstania. 

Huxley podobno napisał swoją antyutopię zainspirowany utopijnymi książkami H. G. Wellsa, jako parodię. Znał też Orwella, którego kiedyś uczył francuskiego, gratulując mu sukcesu, dyskutował z nim korespondencyjnie, czyja wizja ma większe szanse na spełnienie się (powieść "Rok 1984" powstała później). Przekonywał, że to jego jest lepsza, bo kusi ludzi przyjemnością, a nie straszy. Jednocześnie jednak uznał, że stalinowski świat strachu poprzedza ten, w którym ludzie "pokochają swoją niewolę". Po kryzysie Wielkiej Depresji utwierdził się w przekonaniu, że stabilizacja, kluczowe słowo ze świata powieści, jest istotna.

"COMMUNITY. IDENTITY. STABILITY"

Wierzył, że rozwinie się warunkowanie dzieci i narkohipnoza. Ze swoimi wizjami rozliczył się 27 lat później w dodatku "Brave New World Revisited", wskazując, gdzie miał rację, a gdzie się mylił. Wyobraźcie sobie, widząc wzrost populacji po wojnie, wierzył w dalszy demograficzny boom i potrzebę kontroli urodzeń. Podkreślał przy tym, że to o wiele trudniejsze niż "kontrola zgonów". Dziś wiemy, że boom ma się ku końcowi, a kontrola urodzeń jest rzeczywiście trudna, tylko w innym kierunku.

Jakie ciekawe koncepcje dla demografii przedstawił Huxley?

Fabryka ludzi.

Czytelnik lub widz ekranizacji na pewno zapamiętał wyobrażenie o fabryce ludzi, gdzie płody rozwijają się pozamacicznie, a od początku są warunkowane jako członkowie jednej z kast społecznych. Słowo "hatchery", wylęgarnia, to nie jedyne odzwierzęce pojęcie. Jeszcze ciekawszy jest pomysł tajemniczego "procesu Bokanowskiego", w którym jedna zapłodniona komórka zmuszona jest do pączkowania i w ten sposób otrzymywane jest nawet 96 bliźniąt. Jednakowi, wystandaryzowani ludzie mieli być głównie pracownikami fizycznymi i w przypadku niższych klas dbano o to, by byli oni tępi. 

Produkcja dzieci kast wyższych nie wymagała tak licznego pączkowania, bo tu bardziej liczyła się jakość "produktu". W jednym z dialogów dyrektor wskazuje, że i hodowla, i nauka Alf i Bet jest kosztowniejsza. 

Zapotrzebowanie na ludzi i ich produkcja to jeden kontrolowany proces. Zdarzają się w nim straty, ale dzięki wydajnym centrom są one tylko "wypadkiem przy pracy". Wartość jednostki jest generalnie bardzo niska. Wystarczy 200 jajeczek, by otrzymać kilkanaście tysięcy dzieci.

Patrząc na współczesny świat i automatyzację, można powiedzieć, że autor w pewnej mierze się mylił. Eliminujemy użycie zawodów wymagających wielkiej siły i prace powtarzalne. Staramy się produkować coraz więcej Alf i Bet, i tak, jest to kosztowne. Z drugiej strony, borykając się z niepłodnością i unikając ryzyk zdrowotnych dla matek, ludzkość może posunąć się do eksperymentów z laboratoryjnymi płodami.

Rodzina.

Rodzin w nowoczesnym Londynie w naszym pojęciu nie ma. W poglądach postaci z powieści rodzina to zacofany twór,  szkodliwy psychologicznie, patologiczny i zbędny. Sama ciąża jest powodem do wstydu, zażenowania, niesmaku.

Istnieją za to wolne związki, krótkotrwałe, nastawione na zaspokojenie pożądania i rozładowanie napięć. Zaspokojenie nie oznacza jednak wyrugowania z życia zazdrości.

Bezpłodność i antykoncepcja.

70% kobiet z wylęgarni jest bezpłodna, w oryginale nazywane są one "freemartins". Frymartynizm to znany nauce proces maskulinizacji płodu powodujący niepłodność samic niektórych ssaków (owiec, kóz, bydła), zachodzący u bliźniąt dwujajowych różnej płci. Wynika z mieszania się krwi; w powieści był skutkiem hormonów.

Pozostałe płodne 30% kobiet to zasób zapasowy jajeczek dla fabryk. Znacznie wyższy, nich ich potrzeby.  Te kobiety są trenowane z antykoncepcji, noszą "pas maltuzjański" z kartridżami środków antykoncepcyjnych. 

Nazwa pasa nie jest przypadkowa. Thomas Malthus to ekonomista z przełomu XVIII i XIX wieku, który jako jeden z pierwszych wyraził obawy przed nadmierną populacją, która wyczerpie zasoby świata. Uważał, że równość ludzi spowoduje jeszcze większy przyrost naturalny prowadzący do klęski głodu. Miał o tyle rację w swoich teoriach, że do ery przemysłowej ludzkość cały wzrost gospodarczy zamieniała na urodzenia. Obawy Malthusa dotyczące wyczerpania zasobów surowców nie spełniły się, chyba że uznamy, że chodzi o zasoby ludzkie.

Powszechność antykoncepcji współcześnie neguje potrzebę specjalnych pasów, nie mniej jej stosowanie bywało manifestowane. 

Przyspieszone dojrzewanie.

Powieść wskazuje na eksperymenty ze skróceniem czasu dojrzewania człowieka (6,5 roku na dojrzałość, dojrzałość płciowa w wieku 4 lat). Nie wskazuje tu jasno, co Nowy Wspaniały Świat przyjął jako normę, a raczej to, jaki jest potencjał. Ten potencjał wydaje się realnie istnieć, czyż to nie politycy chcą szybciej widzieć dzieci w szkołach, a potem w firmach?

Przedłużona młodość.

Huxley wskazuje rożnie biotechnologie, które opóźnią starzenie człowieka: transfuzje młodej krwi, sole magnezowe i inne, niejasne techniki, wyrażając swoją wiarę w zdobycze medycyny. Z perspektywy roku 1931 było to śmiałe proroctwo. Można powiedzieć, że świat idzie w tym kierunku: żyjemy dłużej, chcemy byś sprawni, zdrowi, maskujemy siwienie i zmarszczki.

Sprawność jest konieczna dla pracy, przemysłu. Tak jak współcześnie.

Samotność.

Samotność - jakże często kojarzona negatywnie - w powieści była postrzegana jako zagrożenie, wróg, jest wręcz zakazana. Pisarz widział w niej narzędzie wybitnych umysłów, indywidualizmu, który był niebezpieczny dla systemu totalitarnego. Dlatego bohaterowie książki starali się nie być samotni, choć z drugiej strony, nie mając rodzin i prawdziwych przyjaciół, mogli się czuć samotnymi.

Samotność ma więc swoje dwie strony, może być zarówno potrzebą, jak i zmartwieniem.

Zgon.

Nawet dzieci są zapraszane do szpitala i częstowane czekoladą, by śmierć kojarzyć pozytywnie, jako naturalny proces biologiczny. Duże dawki narkotyku soma mają śmiertelnie chorym (a czasem i zdrowym!) dać stan "wieczności" w urojeniach. Nazwa oddziału szpitalnego: "galopująca starość" wskazuje, że przedłużenie młodości po 60 roku życia nie jest już możliwa, a może nawet to okres spłaty biologicznego długu lat wcześniejszych. Krótka starość jest wpisana w kulturę industrialną, która nie widzi w starszym człowieku pożytku.

Oddział szpitala ma zapewnić chorym komfort, ukojenie, rozrywkę. Po śmierci ciała są kremowane w procesie recyclingu, odzyskując cenne pierwiastki. Między jednym i drugim nie ma mowy o emeryturze. 

Oceniając te aspekty, trzeba tu jednak wziąć poprawkę na datę powstania książki: trwanie życia wynosiło wówczas około 50 lat w krajach Europy.

Na koniec wisienka: slogany hipnopedyczne w oryginalnym brzmieniu. 

Zebrałem poniżej slogany, jakie udało mi się wytropić w książce. Niektóre z nich przeniknęły do kultury. Czytelnicy Huxleya zapewne domyślą się, jak je przetłumaczono na polski. Możecie próbować znaleźć ich więcej, bo angielska wersja książki dostępna jest bezpłatnie.

Every one belongs to every one else

One cubic centimetre cures ten gloomy sentiments

Alpha children wear grey They work much harder than we do, because they're so frightfully clever. I'm really awfuly glad I'm a Beta, because I don't work so hard. And then we are much better than the Gammas and Deltas. Gammas are stupid. They all wear green, and Delta children wear khaki. Oh no, I don't want to play with Delta children. And Epsilons are still worse. They're too stupid to be able …

Progress is lovely

Never put off till to-morrow the fun you can have to-day

Civilization is sterilization

A gramme is always better than a damn 

A gramme in time saves nine 

Everybody’s happy nowadays . . . Every one works for every one else . . . When the individual feels, the community reels . . 

I do love flying

I do love having new clothes. But old clothes are beastly.We always throw away old clothes.

Ending is better than mending

The more stitches, the less riches

Like meat, like so much meat.

Science is everything

11 września 2022

Jak naciągnąć ZUS?

Polacy bardzo starają się, by płacić na ZUS jak najmniej. Ma to zwykle opłakane skutki w postaci biedaemerytur, w tym emerytur poniżej minimalnej. Czasem mierzą na minimalną, płacąc składki przez 20-25 lat, lecz nie dalej. Jest to jedna z sytuacji, gdzie faktycznie budżet państwa dokłada: minimalne wpłaty przez ten okres nawet z waloryzacją często nie pozwalały zebrać kapitału rzędu 300 tys. złotych, który obecnie jest potrzebny, by przebić emeryturę minimalną.

Nie jest to jednak sposób naciągania, do jakiego bym namawiał. Czy nie lepiej mieć wyższą emeryturę? System waloryzacji składek ZUS jest dość hojny w porównaniu do odsetek z obligacji czy banków. Im więcej się więc zgromadzi oficjalnie, tym emerytura będzie wyższa. Co więcej, konstrukcja systemu pozwala na podwyżkę emerytury, co trudno osiągnąć z kapitału samodzielnie, o czym już kiedyś  wspomniałem.

Problem może być jednak dożycie do emerytury, a następnie życie dość długo, by wypłaty były takie, jak zgromadzona kwota. Tak właśnie działa to świadczenie: w zamian za zgromadzony kapitał dostajemy emeryturę i nie ma spadku. Kto żyje krótko, traci.

Zamiast jednak tracić - można zyskiwać. Wystarczy żyć dłużej niż przeciętny emeryt. W ten sposób nie tylko odzyskamy wkład, ale możemy "naciągnąć" system na wydatki dodatkowych kwot i waloryzacji. 

W tym celu pierwsza rzecz, to nie dać się zabić w młodości. Nie ryzykować życiem podczas jazdy autem, po wódce nad wodą, nie dać się ponieść złym emocjom. Także: nie palić, nie nadużywać alkoholu, nie wspominając już o innych używkach. 

Te dwa ostatnie punkty już dają dużą przewagę później, gdyż duża część zgonów u panów w wieku dojrzałym to nowotwory płuc oraz marskość wątroby. Gdyby dołożyć do zaleceń kontrolę wagi i unikanie nadwagi, aktywność fizyczną, to mamy dużą szansę na ograniczenie ryzyk chorób serca i układu pokarmowego. Dodajmy nieunikanie badań lekarskich, leczenia się ogółem, i to już daje panom duże szanse na pobicie średniej życia w Polsce. Tak, męska wada to zaniedbanie zdrowia.

Istotna dla panów może być też statystyka wskazująca, że żonaci żyją dłużej. Wygląda na to, że samotny mężczyzna gorzej znosi swój stan, mniej o siebie dba, a może nie ma nikogo, kto zwróciłby mu uwagę i zmotywował o zadbanie o siebie. Bo i nie ma motywacji takich jak dalsze życie dla wsparcia dzieci i wnuków. To może wydać się zaskakujące, ale posiadanie rodziny wspiera tą drogą i zdrowie, i finansową kondycję, czyli... opłaca się.

Panie muszą uważać na nowotwory piersi i narządów rodnych. Jeśli będą się kontrolować i postępować zgodnie z zaleceniami, ich szanse na przebicie średniej życia są o wiele wyższe niż mężczyzn. System je premiuje, bo liczy emerytury względem średniej trwania życia  dla obu płci. Tymczasem żeńskie geny wydają się silniejsze: kobiety nawet bez dbania za bardzo o dietę i kondycję fizyczną często dożywają średniej emerytalnej. Być może dlatego, że chętniej korzystają z lekarza. A gdyby dodać tu jakąś aktywność, ćwiczenia, choćby najprostszą gimnastykę? Możliwości dożycia późnego wieku wydają się olbrzymie.

Coraz większą rolę w kwestii długości życia pełni stres. Najlepszą książką, jaka tłumaczy genezę, wpływ stresu i sposoby radzenie sobie z nim jest moim zdaniem "Dlaczego zebry nie mają wrzodów?" Roberta Sapolsky'ego. To doskonała popularnonaukowa lektura z całkiem pożytecznymi wnioskami. Jest wśród nich dbałość o kondycję, a nawet stosunek do religii. Linki do ofert księgarni poniżej.

Mój osobisty pogląd jest taki, że najczęściej zabijają nas nasze słabości. Można mieć pecha, zginąć w wypadku lotniczym, czy od genetycznej choroby. Jednak częściej zabija nas pobłażanie nałogom, pociąg do ryzyka, stres, łakomstwo, zaniechanie badań i niechęć do wysiłku. Znajdź swoją słabość, pokonaj ja, żyj dłużej, niech ZUS na wypłacie emerytury Tobie straci!

11 czerwca 2022

Witajcie w Rosji! uff, to tylko wakacyjna lektura

Zbliżają się wakacje i urlopy, i zapewne chętnie przeczytalibyście coś ciekawego, ale nie trudnego, sącząc napoje i wypoczywając. Jak co roku, mam propozycję, i tym razem powiązaną z aktualnymi wydarzeniami!

Najpierw parę słów o autorze. Dmitrij Głuchowski to spolszczone nazwisko (angielska wersja Glukhovsky Dmitry) Rosjanina, który w cyrylicy nazywa się Дмитрий Алексеевич Глуховский. Jest znany z postapokaliptycznej powieści Metro 2033 i jej kontynuacji, oraz stworzenia powiązanego z nimi międzynarodowego projektu o nazwie Uniwersum Metro 2033. Pod jego szyldem, stosując się do ustalonych przez Głuchowskiego reguł, piszą i publikują autorzy z całego świata. Ten pomysł chwycił i owocował mnóstwem powieści. Jak na osiemnastolatka, dobry początek.

Ale ten wpis nie dotyczy żadnego z tych utworów. Moje zainteresowanie wywołał zbiór opowiadań "Witajcie w Rosji" wydany w 2014 roku (oryginalnie Рассказы о Родине, 2010). Niech Was nie odtrąca to, że Rosjanin, i że o Rosji. Warto zrobić wyjątek, by lepiej zrozumieć, co jest, a co nie w naturze tego kraju, szczególnie teraz, w trakcie wojny. Autor nie wydaje się wrogiem, a książka pomaga lepiej zrozumieć, z jakim problemem się mierzymy.

Opowiadania Dmitrija obnażają życie w Rosji, ustrój z jego wadami, można powiedzieć: krytykują, z pewną dozą fantazji i humoru. W niezależnych od siebie historiach są naukowiec, oligarchowie i politycy,  pracownik telewizji, milicjant, celebryci, wiejskie babuszki - społeczny przekrój. Ich niezwykłe losy nie są oparte na faktach, a mimo to czytelnik ma wrażenie, że ociera się o rzeczywistość. Ba, pojawiają się bajkowe i fantastyczne postacie i gadżety, jednak tylko po to, by pokazać, że panujące tam stosunki to raczej koszmar, a sytuacje zmuszają do zachowań  przekraczających najbardziej fantazyjne scenariusze.

Lekka forma, przesłanie ukryte nieco między liniami, czasem zabawna treść, która skłania do niezbyt zabawnych wniosków. Opowiadania czyta się łatwo i na całe wakacje mogą nie wystarczyć. Nie chciałbym zdradzać konkretów ani treści, bo zepsułbym przyjemność lektury. Ale za to mogę zdradzić nieco z tego, co między liniami da się znaleźć i na jakie pytania odpowie utwór.

Co oznacza wolność dla oligarchy? Jaka jest klasyczna idea narodowa Rosji i jakie wydarzenie najlepiej ją sumuje? Czy Rosja się zmienia? Czy możliwe są wolne wybory? Co zmieniłaby wojna atomowa dla przeciętnego obywatela? Czy w ogóle można mieć zasady? Jakie są priorytety w mediach?

Polecam. Gdzie kupić:


24 października 2021

Recenzja książki "Zapaść. Reportaże z mniejszych miast"

"Zapaść. Reportaże z mniejszych miast" Marka Szymaniaka to książka, która powinna spodobać się wszystkich zainteresowanych demografią. To obraz małych i średnich miast namalowany nie tylko ręką autora-obserwatora, ale i mieszkańców, którym oddaje głos.

Lektura zabiera nas w podróż po kilkunastu miastach w różnych częściach kraju, za każdym razem próbując pokazać, jakie bolączki dręczą mieszkańców, jaka stoi za nimi historia i jaki wpływ mają na miasta. Nie jest to wielką tajemnicą, więc zdradzę, że jest to każdorazowo wpływ negatywny. Co więcej, choć historie z kolejnych rozdziałów zabierają nas do początków transformacji ustrojowej, to są opowiadane i kończą się jak najbardziej obecnie: w połowie 2020 roku. 

Kolejne rozdziały są oddzielnymi opowieściami, ale czyta się bardzo dobrze z rosnącym zaciekawieniem, napięcie nieco opada dopiero w dwóch ostatnich relacjach. Narracja i naturalny głos mieszkańców przeplatają się w interesujących historiach. Razem budują pewną całość w świadomości czytelnika: problemy zazębiają się, krok po kroku prowadząc do wniosku, że zmierzamy do katastrofy. I tu jest mój pierwszy zarzut: nie ma przykładów pozytywnych, miast, które sobie poradziły. Trochę mi się nie chce wierzyć, by takich nie było, tymczasem szukanie pozytywnych stron mogłoby dać też budujące wnioski.

Na co lektura zwraca uwagę? Podupadły w konkurencyjnej walce przemysł z początku transformacji nie podźwignął się, a jeśli nawet dotrwał do czasów NFI, to padał łupem machlojek. Brak popytu na pracę zubożył mieszkańców, z których część wyjechała, sprawiając, że i reszcie wiodło się gorzej. Niedostępność mieszkań, powiązana z niskimi lokalnymi zarobkami, skutecznie wygania z miast młodzież. Powolna degradacja powoduje też zanik usług transportowych (wykluczenie komunikacyjne) i likwidację placówek służby zdrowia. A to już obniża poczucie bezpieczeństwa. Brak pieniędzy to też ubóstwo energetyczne, niska jakość powietrza, która rzutuje na zdrowie, a brak zdrowia to... brak pieniędzy.  Dodatkowe ciosy w tym zaklętym kręgu zadaje wewnętrzna walka o władzę i uprzedzenia do migrantów. 

Eksperci na tę sytuację ukuli inny termin: spirala negatywnego rozwoju (sam nigdy bym nie skojarzył rozwoju z negatywem). W pracach G. Webera oraz późniejszej R. Wilczyńskiego (link do PDF) pojawia się taka oto ilustracja:

Jak pisze polski autor, "zanik wsi ma złożone uwarunkowania oraz odbywa się pod wpływem skłaniającej do migracji strukturalnej słabości miejsca położenia miejscowości sprzężonej z wysysającą siłą oddziaływania metropolii". Lektura skłania do wniosku, że 10 lat później to już nie wsie, ale miasta mogą podlegać tym samym prawom.

Skoro mowa o ilustracjach - drugą słabością książki jest ich brak. I dlatego pozwolę sobie poniżej na wskazanie paru multimediów dla czytelników Szymaniaka, swoisty załącznik.

Zakłady Frotexu w Prudniku:


Stan demografii w Nowej Rudzie:


Memy typu "tu spadła bomba - tu nic" :


Dalsze losy kraśnickiej porodówki - artykuł TUTAJ

Krasnystaw - klęczące drzewo (wiki):


Gdzie kupić:

10 października 2021

Roboty to dzieci. Demografia i ekonomia w dramacie R. U. R. (Karel Čapek)

W sieci łatwo znaleźć artykuły wskazujące, że wiele państw stawia na automatyzację, aby ulżyć demograficznemu wyzwaniu nadchodzących lat. W tym wpisie chciałbym przybliżyć zupełnie inną koncepcję, którą wyraził autor słowa "robot". Karel Čapek jest znany głównie z tego właśnie słowa, choć wymyślił je brat pisarza Józef jako podpowiedź, gdy Karel pracował nad fabułą. Sama sztuka "R. U. R." jest większości (nawet humanistom) mało znana. Spróbuję to zmienić! Postaram się przy tym uniknąć streszczania dramatu, ale będę komentował jego otoczkę - początkową fabułę, której znaczną część przedstawia prolog.

Tytuł "R. U. R." to skrót od Roboty Uniwersalne Rossuma (czeska wersja: Rossumovi Univerzální Roboti). Skąd w sztuce z 1920 roku roboty? Początek XX wieku obfitował w problemy związane z rozpoczętą w poprzednim stuleciu industrializacją. Dotychczasowe rodziny chłopskie w poszukiwaniu zarobku stawały się rodzinami robotniczymi, ich byt zależał od zatrudnienia w fabrykach, a tam warunki pracy urągały człowieczeństwu. Minimalnie wynagradzani, narażeni na liczne wypadki, żyjący z dnia na dzień robotnicy próbowali bronić się, przystępowali do strajków i byli podstawą sowieckiej rewolucji. Ich ciężki los nie dawał podstaw do optymizmu. 

Słowo "robot" pochodzi od czeskiego słowa "robota" wywodzącego się z prasłowiańskiego znaczenia: ciężka przymusowa praca, wręcz niewolnicza, pańszczyzna. Mamy tu nawiązanie do niewolnictwa, a jest i podobieństwo bardziej fizyczne. Otóż roboty czeskiego autora są organiczne, złożone z produkowanych tkanek, substancji. Mają kształt ludzki, są androidami nie do odróżnienia od ludzi. W tamtych czasach nie było jeszcze wiedzy o DNA, więc autor wyobrażał sobie "montaż" robot z poszczególnych części niczym w fabryce Forda. W biologicznej budowie robota jest pewne podobieństwo do filmu Blade Runner (niejedyne zresztą). Z podtekstów sztuki i podobieństw historycznych zgaduję, że słowo "robot" to nic innego, jak przycięty do potrzeb fabryk robotnik. To polskie słowo też przecież pochodzi od słowa "robota"!

DOMIN

Szkoda. Ale maszyna robocza nie musi grać na skrzypcach, nie musi się cieszyć, nie musi robić całego mnóstwa innych rzeczy. Wręcz nie powinna. Silnik spalinowy nie musi mieć frędzli i ornamentów, panno Glory. A produkcja sztucznych robotników niczym się nie różni od produkcji silników spalinowych. Ma być jak najprostsza, a produkt jak najlepszy pod względem praktycznym. Jak pani uważa, jaki robotnik jest najlepszy od strony praktycznej?

HELENA

Najlepszy? Chyba ten, który — który — jest uczciwy — i lojalny.

DOMIN

Nie: ten, który jest najtańszy. Ten, który ma najmniej potrzeb. Młody Rossum wynalazł najmniej wymagającego robotnika. Musiał go uprościć. Usunął wszystko, co nie służy bezpośrednio do pracy. Wyrzucił to, co człowieka podraża. W ten sposób w zasadzie usunął człowieka i stworzył robota. Droga panno Glory, roboty to nie ludzie. Są mechanicznie doskonalsi niż my, dysponują zadziwiającą inteligencją umysłową, ale nie mają duszy. Widziała pani już kiedyś, jak wygląda robot w środku?

Robot ze sztuki to twór bezwolny, bez emocji, a nawet z ograniczonym odbieraniem bólu. Jest w tym jakiś czeski ironiczny humor, jeśli wspomnimy olbrzymią ilość wypadków w pracy 100 lat temu i brak zasad BHP.

DR GALL


Tak. Roboty niemalże nie odczuwają bólu fizycznego. Wie pani, nieboszczyk młody Rossum nazbyt ograniczył układ nerwowy. To się nie sprawdziło. Musimy wprowadzić cierpienie.

HELENA

Dlaczego — dlaczego — Skoro nie dajecie im duszy, dlaczego chcecie dołożyć im cierpienie?

DR GALL

Z przyczyn technicznych, panno Glory. Robot czasami uszkadza się sam, ponieważ go to nie boli; włoży rękę w maszynę, złamie sobie palec, rozbije głowę — wszystko mu jedno. Musimy dać im ból; to automatyczna ochrona przed urazem.

Fabryka robotów produkuje ich miliony na wielką skalę, zaś inżynierowie podkreślają sukcesy. Roboty są uniwersalne, mają doskonałą pamięć i wykonują polecenia. Mogą robić wszystko, także walczyć.

 Uczą się mówić, pisać i liczyć. Mają rewelacyjną pamięć. Gdyby przeczytała im pani dwudziestotomowy słownik terminologii naukowej, powtórzą pani wszystko po kolei. Ale nic nowego nigdy nie wymyślą. Mogłyby z powodzeniem wykładać na uniwersytetach. 

Čapek miał świetne wyczucie ekonomii, której odpryski znajdziecie też w pełnej humoru powieści "Fabryka absolutu". Robotyzacja kompletnie zmienia produkcję i ma silne deflacyjne znaczenie:

BUSMAN

Jak Bozię kocham, i pani chce zakładać Ligę Ludzkości! Kosztuje już ledwie jedną trzecią, tak jak wszystko, a ceny jeszcze pójdą w dół, w dół i w dół, aż — no właśnie. Hę?

HELENA

Nie rozumiem.

BUSMAN


O, niebiosa, panienko, to znaczy, że spadły ceny zatrudnienia! Przecież robot, nawet z karmą, kosztuje trzy czwarte cencika za godzinę! To śmiechu warte, panienko: wszystkie fabryki padają jak muchy albo biegusiem wykupują roboty, żeby potanić produkcję.

Roboty w wizji inżynierów są wszędzie, ludzie nie muszą pracować. 

 Wszystko będą robić żywe maszyny. Roboty ubiorą nas i nakarmią. Roboty ulepią cegły i zbudują nasze domy. Roboty będą za nas stawiać cyfry i zamiatać nasze schody. Nie będzie pracy. Człowiek zajmie się tylko tym, co kocha. Wyzwoli się z trosk i poniżenia harówką. Będzie żył tylko po to, aby się doskonalić.

Co w takim razie może pójść źle? Dialog z przybyłą kobietą-gościem fabryki zdradza, że świat nakreślony w dramacie ma poważny problem demograficzny:

HELENA

cicho

— dlaczego kobiety przestały mieć dzieci?

ALQUIST

Bo nie potrzeba. Jesteśmy w raju, rozumie pani?

HELENA

Nie rozumiem.

ALQUIST

Bo nie potrzeba ludzkiej pracy, nie potrzeba bólu; bo człowiek nie musi już nic, nic, nic więcej, tylko korzystać — Och, przeklęty taki raj!

Roboty wyeliminowały jakiekolwiek zapotrzebowanie na siłę roboczą i pracę. Nie tylko wysiłek, utożsamiany z męską siłą, ale  i jakikolwiek trud, w tym macierzyństwa. Dzieci stały się zbędne nie tylko jako przyszli pracownicy, ale też jako koszt, pomoc na starość, wychowawczy problem czy ryzyko bólu. Krótko ujmując, roboty doprowadziły do kryzysu demograficznego! W języku sztuki ludzkość to "płony kwiat", czyli bezpłodny, bezwartościowy. Ludzkość potencjalnie sama wyginie.

Czy taki wpływ automatyzacji na demografię jest możliwy? Pomimo automatyzacji np.  w USA nie widać problemów demograficznych. No ale czy USA jest symbolem robotyzacji? Zobaczcie niżej.

Infographic: The Countries With The Highest Density Of Robot Workers | Statista 

Tym symbolem jest Korea. I Korea ma olbrzymie problemy z dzietnością, choć nikt nie kojarzy ich z robotami. Współczynnik dzietności nurkuje poniżej jedności, co oznacza, że średnio kobieta rodzi w życiu mniej niż jedno dziecko. Niż kojarzy się bardziej ze zmianą statusu kobiet i kultem pracy w Korei. Kobiet, które zresztą nieraz spotyka gorsze traktowanie jako pracownice w kraju zapatrzonym na konfucjańskie wartości. Można więc zastanawiać się, jaki był wpływ robotów na dobrobyt w tym kraju i zarazem spadek dzietności. To koreańskie wynalazki, a potem zautomatyzowane fabryki zapewniły dostatek i bogactwo. Czyżby Čapek okazał się prorokiem? Czy nasza wiara w potrzebę automatyzacji nie okaże się naiwna, bo będzie ostatnim ciosem w ludzkość, która już "nie musi nic" mając roboty "z karmą za trzy czwarte cencika za godzinę"? 

Jeśli chcecie poznać dalsze losy fabryki robotów i zakończenie sztuki (warto), odsyłam do bezpłatnej wersji po polsku w serwisie Wolnelektury.pl  oraz po angielsku na wikisource. Impulsem na dobór tytułu wpisu był artykuł o Polce pracującej dla Boston Dynamics.

Na koniec pytanie: ile dzieci, a ile robotów zaplanowaliście w swoim gospodarstwie domowym?

27 czerwca 2021

Wakacyjna lektura: Terry Pratchett i rynki jako naczynia połączone

Czy autor Świata Dysku, cyklu fantastycznych i zarazem zabawnych powieści, pominął temat banków i finansów? Oczywiście nie! Jednak "Świat finansjery", 36. pozycja tego cyklu jest mniej popularna niż np. pierwsza, Kolory magii. Niesłusznie, jest nie tylko śmieszniejsza, ale ma i walory edukacyjne, a jej humor powinni docenić wszyscy bankierzy i inwestorzy.

Bohaterem głównym powieści jest postać znana skądinąd z innej części: "Piekło pocztowe". W niej były oszust, Moist von Lipwig, dostaje szansę darowania kary śmierci w zamian za poprowadzenie podupadającej poczty w Ankh-Morpork. Ratowanie poczty - skąd my to znamy? :-) Namawiam, by zacząć od tej lektury, gdzie lepiej poznajemy bohatera i jego nieszablonowe metody, bo Świat finansjery jest kontynuacją jego przygód. Piekło Pocztowe doczekało się ekranizacji.

Dosyć o poczcie, co ciekawego można znaleźć w "Świecie finansjery"? Uwaga SPOILER - zdradzę niżej parę smakowitych szczegółów.

Moist niespodziewanie dostaje propozycję posady w banku popartą testamentem, w którym istotnym akcjonariuszem i prezesem jest... pies. A jego nowym opiekunem, odczytującym wolę z wyrazu pyska - Moist. Moist odkrywa, że bank przynosi straty np. na rękodziele polegającym na produkcji monet. W domu! Tak, Pratchett wyprzedził swoje czasy i przewidział pracę zdalną pracowników bankowej Mennicy. Bank ma swoje ciemne strony i dość pazerny zarząd:

Mój zmarły mąż zawsze powtarzał, że jedyną metodą zarabiania pieniędzy na biedakach jest utrzymywanie ich w biedzie. W interesach nie był człowiekiem zbyt miłym.

Ale są i strony mocne. Należy do nich przedziwna maszyna modelująca przepływem wody przepływ pieniędzy. To pozwala robić prognozy zachowania rynków, modelować je, wpływać na rzeczywistość. Poznajcie Chlupera!

W tym przypadku przepływ pieniędzy i jego skutki w naszym społeczeństwie stają się wodą płynącą przez szklaną matrycę, czyli Chlupera. Geometryczny kształt pewnych naczyń, działanie zaworów oraz, jak nieskromnie oceniam, pomysłowo przechylające się wiadra i rotory tempa przepływu pozwalają Chluperowi na symulowanie całkiem złożonych transakcji.

Maszyna wykonana z naczyń połączonych jest w książce idealnym modelem zachowania rynków finansowych. Pisarz dosłownie zobrazował tu frazę "rynki to naczynia połączone". Ten symulator to wielkie osiągnięcie, jak kometują bohaterowie, można sprawdzić "co się stanie, jeśli w mieście o połowę zmniejszymy dostępną siłę roboczą. Nie musimy wychodzić na ulicę i mordować ludzi". No a co się stanie, jeśli ludzie zaczną mieć dosyć banków?

Otóż jeśli zredukujemy zaufanie ludności do systemu bankowego... proszę spojrzeć na tę rurkę, o tutaj... zobaczymy przepływ gotówki od banków do Kolby 28, w tej chwili oznaczonej jako Stara Skarpeta pod Materacem. Nawet całkiem zamożni ludzie wolą mieć pieniądze pod kontrolą... Widzi pan? Materac robi się większy, czy może należałoby powiedzieć... grubszy? [..] Skala po lewej stronie Kolby 17 pokazuje upadające firmy, poprzez tempo przybierania wody w Kolbie 9. To przejęcia. Zwolnienie z pracy to Kolba 7...

Gdyby takie wynalazki były znane 100 lat temu, to może nie byłoby Wielkiego Kryzysu, bo model maszyny wskazuje dalsze skutki jak bezrobocie, głód, deflacja. Chluperem zajmuje się z troską Hubert.

Hubert jest ekonomistą. To jakby alchemik, tylko mniej wybuchowy.

W powieści stykamy się z indykatorem kryzysu. To nie jest indeks szminki... chodzi o inny szczegół używany przez kobiety.

Wie pan, że ustalonym faktem jest wędrówka spódnic w górę podczas kryzysu?

Jest i nawiązanie do bankowości prywatnej, konkretnie pojęć jak nowe i stare pieniądze:

Rzeczywiście należeli do klasy zwanej „starymi pieniędzmi”, co oznaczało, że zarobili je tak dawno, by ciemne czyny, które napełniły ich kufry, stały się historycznie nieistotne.

Bank zmaga się z kryzysem, którego nie rozwiązuje inflacja związana z coraz niższą jakością pieniądza. Nie brakuje przy tym komentarzy dotyczących złota, wymiany waluty na złoto i zaufania do waluty:

Ale przecież nasze dolary nie są z czystego złota, prawda? – Ach, no tak. Są złotego koloru, panie Lipwig. Mają mniej złota niż morska woda; są złotawe.

Gdzieś czytałem, że moneta reprezentuje zobowiązanie wydania złota o wartości dolara – podpowiedział Moist. Pan Bent złożył dłonie w piramidkę i skierował wzrok ku górze, jakby się modlił. – W teorii tak – przyznał po chwili. – Ale wolałbym powiedzieć, że to niepisane porozumienie, iż wykonamy zobowiązanie wymiany monety na złoto wartości dolara, pod warunkiem jednak, że nikt nas o to nie poprosi. – Czyli... tak naprawdę to żadna obietnica? – Ależ jest nią, drogi panie. W kręgach finansowych. Chodzi w niej, rozumie pan, o zaufanie.

Główny bohater pokonuje problemy bankowe, dokonuje kilku istotnych przełomów i uruchamia akcję kredytową. Ilość złotych myśli o pieniądzach, uczciwości i bankierach w powieści jest tak duża, że gdybym chciał umieścić je wszystkie, to pewnie zakrawałoby na skopiowanie książki. Są to takie diamenciki humoru i myśli, że NBP zdecydował się na wykorzystanie ich w scenariuszu lekcji (TUTAJ). Na koniec nie mogę się oprzeć cytatowi o sprawiedliwości społecznej:

Człowiek ukradł pięć dolarów i stawał się drobnym złodziejaszkiem. Ale kiedy ukradł tysiące dolarów, był albo rządem, albo bohaterem.

Czytajcie, bo warto się pośmiać i podładować baterie optymizmu.

14 maja 2021

Wakacyjna lektura - Janusz Zajdel i aplikacja wielowalutowa

Janusz Andrzej Zajdel jest ikoną polskiej fantastyki. Pomimo przedwczesnej śmierci (+1985), która urwała twórczość tego autora, jego powieści nadal są poczytne, a nazwisko patronuje nagrody dla pisarzy fantastyki. Jest uważany za pioniera nurtu socjologicznego w polskiej fantastyce. Moim zdaniem jest autorem, który w swoisty sposób adoptował antyutopijne wizje Orwella i Huxleya, by w zawoalowany sposób powiedzieć prawdę o współczesnej mu Polsce.

Swoje najlepsze powieści stworzył na początku lat osiemdziesiątych. Przypomnijcie sobie, na jakim etapie była wówczas technika, bankowość, że wówczas w Polsce nie było nawet bankomatów (pierwszy pojawił się dwa lata po śmierci Zajdla). Zapomnijcie o smartfonach i Internecie. Te wspomnienia zaraz się przydadzą, by ocenić geniusz autora. I pamiętajmy też: był to gorący czas PRL. Zajdel był członkiem NSZZ Solidarność.

Lekturą, którą chcę wspomnieć ze względu na wątek finansowy, jest "Limes inferior". Nie obędzie się bez SPOILERA, jednak bez paru cytatów nie wiem, czy namówiłbym Was na przeczytanie fantastycznej książki. Zaczynamy!

Bohaterem powieści jest Sneer, osoba uprawiająca nader dziwny zawód. W świecie powieści większość ludzi nie pracuje, prace fizyczne wykonują maszyny, a nieliczne stanowiska wymagają inteligencji. Aby sprawdzić swoj poziom, przechodzi się testy, rodzaj egzaminu. I dostaje ocenę.

Gdy wszyscy mają równe wykształcenie, jedyną metodą określenia owego poziomu przydatności intelektualnej jest powszechna klasyfikacja przy użyciu systemu testów. Stąd siedem klas przydatności, od zera do szóstki. 

Zero to ocena najwyższa, a pracę otrzymują jedynie osoby z wynikiem przynajmniej 3. Wiąże się z tym wynagrodzenie w specyficznej walucie, o której zaraz opowiem. Sneer jest lifterem: sobie znanymi trikami oszukuje system i "pomaga" swoim klientom uzyskać klasę wyższą, niż rzeczywista, by mogli oficjalnie pracować. Sam Sneer w ten sposób na tyle dobrze zarabia, że bynajmniej do pracy legalniej się nie kwapi. Wygodnie sobie żyje, tkwiąc w tym specyficznym ekosystemie, gdzie liczba zawodów szarej strefy była równie liczna jak u nas za czasów komuny!

Wynagrodzeniem są punkty, które są odpowiednikiem walut, a równolegle funkcjonuje kilka rodzajów punktów. Każdy z nich ma swój kolor, zasadę przydziału i zastosowanie. Oddam głos powieści:

Wedle zasady: „każdemu po równo", każdy, niezależnie od klasy, dostaje tyle samo czerwonych punktów miesięcznie. Obojętne, czy pracuje, czy nie, bo to nie od niego zależy. Według zasady „każdemu według jego możliwości" obywatele otrzymują dodatkowo punkty zielone. Tym więcej, im wyższą klasę intelektu reprezentują. Stwarza to bodziec do zwiększenia swych możliwości, do osiągania wyższych klas, a więc do zwiększania swej potencjalnej przydatności społecznej. Liczba zielonych nie zależy od tego, czy się pracuje czy nie. Premiowana jest gotowość i odpowiedni poziom przydatności do pracy. A w końcu ci, którzy pracują, wynagradzani są dodatkowo, wedle zasady: „każdemu według jego pracy", punktami żółtymi.

Taki podział bynajmniej nie oznacza braku inflacji. Ceny rosną i jak zapewne się domyślacie - lepsza waluta wypiera gorszą. Za punkty czerwone można otrzymać tylko podstawowe produkty i usługi, nieco więcej za zielone, ale produkty premium i wysoki poziom życia jest możliwy tylko z punktami żółtymi. Jest możliwość wymiany walut - oprócz automatów umożliwiających oficjalną wymianę, niekorzystną, są i cinkciarze nazywani color-changerami. Stan posiadania zapisywany jest na specjalnym urządzeniu, pełniącym też inne role, jest "równocześnie dowodem tożsamości, kartą kredytową, zegarkiem, kalkulatorem" - Kluczu. Jak wyglądał Klucz?

Patrzył na plastykową płytkę z okrągłą tarczką identyfikatora linii papilarnych, który czynił Klucz przedmiotem ściśle osobistym [...]
...we wnętrzu teflonowej płytki...
Klucz jest przyrządem niezmiernie skomplikowanym. W gruncie rzeczy jest to miniaturowy komputer, współpracujący z wszelkiego typu automatami, mającymi zastosowanie we wszystkich dziedzinach życia współczesnego człowieka. Jest jego portfelem, paszportem i certyfikatem osobistym, zastępuje wszystkie dawne zaświadczenia, dokumenty, czeki i inne papierki. 

Czegoś Wam to nie przypomina? Pośredni element, służący do opłat i rozliczeń, a zarazem mający wyświetlacz? Gdyby Zajdel zobaczył, jak zmieniły się telefony 30 lat później! Widział szaleństwo kart płatniczych, bankomatów i terminali!

Wokół manipulacji Kluczem rozgrywa się wiele wątków powieści, których nie zdradzę. Pomimo pewnych niedostatków opisu i skrótowości akcji w jednym autor trafił w dziesiątkę: racjonalizowanie postępków swoich bohaterów i całego systemu. Racjonalne przesłanki pchają ich w wir wydarzeń ku kolejnym decyzjom. Czy to nie trochę jak w ekonomii?

Polska lat 80. to inflacja, braki towaru i liczne ograniczenia. Kolor zielony kojarzony z dolarami, za które można było dostać wszystko, w przeciwieństwie do złotówek. Brak wolności, zamknięty system, poczucie beznadziei. Głowna postać już na początku książki zdradza swoją filozofię życia w podobnych warunkach - wartość ma tylko kupiony czas:

Jeśli możesz pozwolić sobie na to, by nie liczyć uderzeń fali i upływających chwil, jeśli upływ czasu nie wywołuje paniki w twoim umyśle — jesteś naprawdę szczęśliwy [...]

 „wolny czas" oznacza „wolne życie".

Warto zapoznać się z "Limes inferior" i docenić wizję modelu ekonomicznego, który łączy przeszłość z przyszłością. Stały dochód gwarantowany, praca maszyn? Powieść jest tu jak kubeł zimnej wody, Zajdel pewnie śmieje się z tego z zaświatów. I chyba nadal wierzy w wartość pracy, a nie manipulacje stopami procento... pardon, walutami.

28 marca 2021

Demografia, nauka, kobiety. Recenzja książki "The Empty Planet"

 Gdy kanadyjski demograf i dziennikarz wybierają się w podróż po wielkich aglomeracjach świata, by przekonać się naocznie, jak ich demograficzne teorie mają się do codzienności, to już robi się ciekawie.  Jeśli spodziewacie się w wyniku tego wykresów, tabel, z jakimi każdy amator demografii styka się co raz - zawiedziecie się. Mimo to uważam, że "The Empty Planet"  to pozycja popularnonaukowa nie do pominięcia i czyta się ją nadzwyczaj dobrze. 

Darrel Bricker i John Ibbitson rozpoczynają swoją opowieść migawkami z demograficznej historii świata. Pierwszy rozdział, od początków ludzkości do czasów nowożytnych, stanowi wprowadzenie przed podróżą po wszystkich kontynentach.  Nie zanudza, a raczej odwrotnie: to wielki skrót z podstaw, łatwo o zawrót w głowie  w tempie tego przeglądu. Jest tu wiedza o podstawach, o fazach w demografii, teorii Malthusa, o tym, że każdy kraj ma swoje tempo rozwoju i swoją fazę. I że obecnie wypływamy na wody nieznane: kraje rozwinięte próbują wpłynąć na swoją demografię, która utknęła poniżej współczynnika zastępowalności. 

W kolejnych rozdziałach razem z autorami odbywamy podróż po kontynentach, przyglądając się mieszkańcom takich krajów jak Nigeria, Japonia, Indie, Brazylia, USA, Kanada. Omawiają trendy demograficzne w poszczególnych krajach i rozmawiają z mieszkańcami, by określić czynniki mające wpływ na demografię. Pada też szereg liczb. Nie zdradzę wszystkich szczegółów, ale zwrócę uwagę na trzy naświetlone obszary.

Pierwszy to szeroko rozumiana nauka. Rozwój wiedzy, techniki, dokonał prawdziwego przewrotu w naszym życiu, a największą korzyść dały postępy w medycynie. Zarówno długość życia, jak i jego jakość, możliwości wyżywienia miliardów ludzi są dziś w punkcie, o którym można było tylko marzyć np. 200 lat temu. A przecież w historii człowieka te 200 lat to krótki okres.

Ale nauka to też wiedza o kontroli płodności, antykoncepcji, edukacja seksualna. I tak nauka, przedłużając życie i zdrowie, raz daje demograficzne górki, aby w innych aspektach powodować spadki. Chcemy żyć zdrowo, wygodnie, rzadziej decydujemy się na dzieci. Ale jeśli myślimy o spadkach i mniejszej ilości dzieci, to także o ich rodzeniu i o kobietach. 

Demografowie dają temu wyraz wielokrotnie: kluczem do malejących współczynników płodności są kobiety. Przez wieki zmuszane do jedynie słusznej roli matki, zmuszane do współżycia i dbania o gromadkę dzieci. Dotąd w wielu krajach i kulturach niemające tych samych praw co mężczyźni. Wykorzystywane w domu i w pracy, podlegają władzy patriarchalnej. Nie będę cytować książki, zamiast tego dodam własne przykłady nierównych praw kobiet. Uniwersytet Jagielloński chwali się wielowiekową historią, a dostęp kobiet do uczelni to koniec XIX wieku. Incydentem XV wieku na uczelni była obecność przebranej dziewczyny o imieniu Nawojka, o mało nie skazanej na stos. W Japonii kobiety nadal mają ograniczoną możliwość uczestniczenia w życiu politycznym (10% w parlamencie, gdy średnia światowa 24%), a niedawno jedna z partii zażądała, by milczały na posiedzeniach.

Nierówne traktowanie kobiet przez wieki jest faktem. Niemal każda religia zawiera elementy dyskryminacji kobiet, czy to jako ograniczenie praw, czy wprost stwierdzenie ich podrzędności w stosunku do mężczyzn - mężów, ojców. W czasach postępu i demokratyzacji każdej dziedziny życia takie podejście skazane jest na porażkę, a więc i postępuje sekularyzacja. Kobiety pragną wreszcie niezależności, a mając prawo do nauki i pracy, mogą ją osiągnąć. Wczesne macierzyństwo jest przeszkodą w tym procesie, w drodze kariery. Spadek TFR jest więc nieuchronny.  To wyzwolenie kobiet ciągle przebiega na świecie w większości krajów. 

Partnerskie traktowanie kobiety jest koniecznością dziejową i dopiero zgodne małżeństwo dzielące sprawiedliwie obowiązki ma szanse być modelem rodziny przyszłości, z kilkoma (?) dziećmi. A o stworzenie takiego udanego związku jest trudno, o czym świadczy ilość rozwodów. Panowie, więcej zrozumienia dla kobiet! "Wściekłe macice" to nie tylko obraźliwe hasło. To dowód na to, że TFR spadnie bardziej, to taki sam sygnał jak obecność smartfona pod hijabem. 

Trzeci aspekt to koszty wychowania dziecka. Dzieci, dawniej siła robocza na polu, stały się istotnym kosztem dla pracownika z miasta, wręcz drogim symbolem sukcesu rodziców. Tym bardziej będzie więc ich niewiele, a to oznacza starzenie społeczeństwa i trudne wybory ekonomiczne. Oznacza też, że coraz więcej krajów będzie wdrażać wszelkie sposoby wsparcia rodziców, by podbudować dzietność. Socjalna Szwecja okazuje się nie wymysłem bogaczy, dziwolągiem, ale przykładem dla innych krajów. W tym kontekście 500+ w Polsce, czy podobny program w USA jest dziejowym trendem. Kto wie, jak daleko państwa będą rekompensować wysiłek wychowawczy.

Jest to zarazem jeden z nielicznych wątków gospodarczych w książce, a powiązania ekonomiczno-demograficzne są dla mnie szczególnie ciekawe. Jednak dla samych wątków społecznych i wymienionych wyżej czynników warto sięgnąć po tę lekturę, bo jest wyjątkowo przekonująca i zarazem otwiera oczy.

Autorzy wspominają wiele innych aspektów wpływających na demografię, takich jak tradycja czy zwyczaje. W każdym wypadku jednak dowodzą, że czeka nas depopulacja, która w skali globalnej zacznie się za ok. 30 lat. Pokazują też, jak wymierają wyspy, nacje, kultura i języki. 

Zgrzytem i wadą "The Empty Planet" jest dla mnie wychwalanie rozwiązania kanadyjskiego, czyli wielkiej imigracji jako uniwersalnego leku na te bolączki. Po pierwsze dlatego, że nie uchroni przed niską dzietnością, po drugie -  w dobie konkurencji o migrantów może być to wkrótce powszechne. W końcu po trzecie: takie rozwiązanie nie może trwać wiecznie, mimo że obecnie wydaje się sensowną strategią.  Model Kanady jako państwa bez narodowości mnoży pytania. Czy taki kraj wytrzyma konflikt zbrojny? Co z kanadyjską bańką nieruchomości? O tym nie ma ani słowa. Bricker i Ibbitson są bezkrytyczni w opiewaniu rozwiązania kanadyjskiego. Ba, krytykują Polskę za niską imigrację (w 2016 roku odmawiamy przyjęcia Syryjczyków). Niestety, para demografów czasem dość naskórkowo ocenia realia.

W ostatnim rozdziale książka rysuje obraz przyszłości. Nie zdradzę jaki, ale nie jest to kasandryczna pusta planeta. Tym bardziej że przyszłość kreślimy sami, i zostaje ona w pewnej mierze niezbadana. Sam zastanawiam się nad tym, czy nauka jest w stanie wydłużyć nasze życie o kolejne kilkadziesiąt lat? Czy szukanie bezpieczeństwa i wygoda doprowadzi nas do hodowli płodów, niczym w "Nowym wspaniałym świecie"? Bylibyśmy pierwszym gatunkiem, który nie rozmnaża się naturalnie. A może i ostatnim.

Książkę dostaniecie na papierze w polskich księgarniach tylko po angielsku, ale znacznie taniej i szybciej jest sięgnąć po kopię na czytniki w Amazon tu (link afiliacyjny): The Empty Planet

30 maja 2020

Wakacyjna lektura - Cixin Liu "Ciemny Las"

Szykują się długie wakacje, więc w tym roku proponuję długą i niezwykłą lekturę - trylogię science-fiction chińskiego pisarza Cixin Liu "Wspomnienie o przeszłości Ziemi". To reprezentant klasycznego trendu s-f, gdzie roi się od wynalazków, tajemnic kosmosu, postępu technicznego i jego wpływu na ludzi. Autor jest inżynierem wyraźnie zafascynowanym fizyką, a powieść w wielu miejscach zdradza wpływ kultury chińskiej. Gdy w 2015 roku pojawił się pierwszy tom powieści, prezydent Barack Obama zabrał ją na urlop na Hawajach. Gdziekolwiek wybieracie się na urlop, tam też może się sprawdzić!

W swoim wpisie chciałbym nawiązać głównie do tomu drugiego, który zawiera interesującą strategię i logiczny wywód na jej poparcie. Zanim jednak do tego dojdziemy, i wytłumaczę, dlaczego zafascynowała mnie, by stać się tematem wpisu, muszę nieco wprowadzić Was w świat powieści. Zrobię to w dużym skrócie, by nie psuć przyjemności czytania, ale muszę uprzedzić - zdradzam fragmenty akcji, więc jest to jednak SPOILER.

Tom pierwszy, "Problem trzech ciał", rozpoczyna się sceną kaźni z czasów rewolucji kulturalnej. Zaskakujący początek jak na powieść s-f, można odnieść wrażenie, że pomyliło się książki. Bolesna przeszłość uzasadnia postępowanie jednej z bohaterek powieści, która zdradza ludzkość. Jako fizyk odczytuje sygnały z kosmosu i odnajduje inną cywilizację, a następnie zaprasza ją do podboju Ziemi! Niezwykłe rozwinięcie kontaktu rozumnych ras, prawda?

Powstaje cała organizacja, która wspiera ten pomysł. Członkowie są werbowani poprzez grę komputerową virtual reality, gdzie gracz wciela się w mieszkańca innej planety. Rozwiązuje problemy tubylców, a podstawowym z nich są trzy słońca, których obieg trudno przewidzieć. Okresowa bliskość ciał niebieskich niszczy życie planety. W tej sytuacji normalne jest, że mieszkańcy tamtego świata szukają innego domu. Czy powinno się im udzielić gościny? Czy inne istoty rozumne nie zasługują na życie? Te wątpliwości wspierają spiskowców.

Na Ziemi pojawiają się pierwsze urządzenia obcej cywilizacji. Nazwane sofonami, korzystają z fizyki przestrzeni wielowymiarowej i kryją w sobie olbrzymie moce obliczeniowe sztucznej inteligencji. Zadaniem sofonów jest zakłócić badania podstawowe w naukach ścisłych, w tym wyniki doświadczeń akceleratorów cząstek. Zahamowanie postępu oznacza obniżenie potencjału przeciwnika w perspektywie nieuniknionego konfliktu. Sofony są wszędobylskie, są w stanie kontrolować niemal wszelkie informacje. Ich obecność nie zostaje nie zauważona, ludzkość zbiera siły i postanawia stawić czoła przeciwnikowi. Okazuje się, że ma on słaby punkt: nie zna pojęcia kłamstwa! Tak powstaje program "Wpatrujących się w ścianę": obdarzeni dużą władzą i wolnością reprezentanci ludzkości mają wyprowadzić w pole przeciwnika, podejmując mylące działania.

Zatrzymajmy się tu na chwilę na refleksję. Czy działanie innej cywilizacji odbiega od tego, co robią duże korporacje? Wykupując start-upy, chowając wynalazki w laboratoriach - czy nie spowalniają postępu umacniając swoje istnienie? Czy informacja nie jest w obu wypadkach kluczowa bronią, jej poufność, ukrywanie i wykorzystanie elementem strategii?

Tom pierwszy kończy obraz olbrzymiej przewagi technologicznej obcych, na dodatek spowalniających postęp Ziemian. Z racji odległości do spotkania fizycznego może dojść za 400-500 lat. To na tyle dużo, by podjąć walkę i się przygotować, ale mało w skali kosmosu. Pozostawia czytelnika z apetytem na więcej. Akcja tej części pozostaje bliska współczesności i zawiera trochę uproszczeń, które racjonalnym umysłom mogą się nie podobać. Z drugiej strony wyobraźnia autora i pomysły (jak np. gra komputerowa jako przenośnia uczuć i problemów) spotęgowały mój apetyt na kontynuację. Jaki jest ten kosmos, skoro odległa cywilizacja chętnie nas eksterminuje? To temat dla tomu drugiego pt. "Ciemny Las".

Flota najeźdźców jest w drodze, a ludzie mobilizują się, by stawić jej czoła. Część wielokierunkowych działań jest chaotyczna i skazana na klęskę, a najbardziej istotny okazuje się przyjęty wcześniej program. Jednym z Wpatrujących się w ścianę zostaje Chińczyk Luo Ji. Początkowo nie ma swojej strategii i nie wie, co robić. Idzie za radą fizyków: przyjmuje aksjomaty dotyczące rozwoju życia w kosmosie.

"Pierwszy – podstawową potrzebą cywilizacji jest przetrwanie. Drugi – cywilizacja stale się rozwija i rozszerza, ale ilość materii we Wszechświecie pozostaje stała."

Z tych prostych stwierdzeń wysnuwa wnioski dotyczące interesów poszczególnych cywilizacji. Zakłada, że olbrzymie odległości i czas na ich pokonanie będzie skutkował brakiem zaufania, a każda cywilizacja będzie rozwijać się, wykorzystując zdobycze nauki do narzucenia swojej dominacji. Jedyną drogą w tej sytuacji jest wczesna eliminacja przeciwnika, zanim jego cywilizacja się rozwinie. Kto grał w gry strategiczne typu Age of Empires, ten wie, jak przewaga technologiczna ułatwia takie zadanie. Jeśli życie człowieka na Ziemi ma milion lat historii, to ostatnie 300 lat to eksplozja postępu i zarazem mrugnięcie oka w historii kosmosu. Czy można dziwić się, że ktoś chce zniszczyć cywilizację w zarodku?

Zarówno dopuszczenie do tego, byś dowiedział się o moim istnieniu, jak i dopuszczenie do tego, byś dalej istniał, jest dla mnie niebezpieczne i jest pogwałceniem pierwszego aksjomatu.

Hm, jeśli w aksjomatach zmienić słowo cywilizacja na korporacja, to niewiele tracą na sensie. I zarówno nasz świat, jak i Wszechświat, podlega obserwacji i osądowi z zewnątrz. Dlatego konieczna jest taka eliminacja, która będzie bezpieczna, nie zdradzi pozycji atakującego, bo przecież obserwatorów jest wielu! To właśnie hipoteza ciemnego lasu jako modelu kosmosu.

Wszechświat to ciemny las. Każda cywilizacja to uzbrojony łowca, który skrada się jak duch między drzewami, delikatnie odgarnia blokujące drogę gałęzie, stara się cicho wytropić zwierzynę. Nawet oddycha cicho. Musi być ostrożny, bo w lesie są inni myśliwi, którzy skradają się tak samo jak on. Jeśli znajdzie jakąś żywą istotę – myśliwego, anioła czy demona, delikatne dziecko albo idącego chwiejnym krokiem starca, wróżkę czy półboga – może zrobić tylko jedno: strzelić i usunąć ją. W tym lesie inni ludzie są piekłem. Zagrożeniem dla każdej żywej istoty, która zostanie szybko unicestwiona, jeśli ujawni swe istnienie. Oto obraz cywilizacji kosmicznej.

Jakże różny to obraz względem tego, co robi świat nauki, nadający sygnały w kosmos i wysyłający sondy. Autor komentuje to słowami: – I w tym lesie znalazło się głupie dziecko, które nazywa się ludzkość. Rozpaliło ognisko, stoi przy nim i krzyczy: „Tutaj jestem! Tutaj jestem!”

Atak z ciemnego lasu w języku powieści to atak anonimowy, precyzyjny, nieunikniony i zabójczy. Najlepiej, by w ogóle nie był postrzegany jako atak, tylko przypadek, zrządzenie losu. W wojnie cywilizacji realizowany na kosmiczną skalę, niszczący całe układy słoneczne, za pomocą broni wykorzystującej zaawansowaną fizykę, a zarazem... ekonomicznej w użyciu! Tak, eliminacja przeciwnika ma być tania, skuteczna i pozbawiona ryzyka, anonimowa!

Coś Wam to przypomina? Anonimowy atak, nieunikniony i niszczący? Jakby atak hakerów? Coś jeszcze? Tak wygląda przecież wojna informacyjna. Czy prowadzona w polityce, czy w biznesie, może być potężnym narzędziem. Czy pamiętacie historię blogera opisującego C.H. Ptak? Taśmy "Sowa i przyjaciele"? Artykuły Wikileaks? Te wydarzenia miały swoje konsekwencje i miały ukryć pomysłodawcę, choć akurat z tym punktem wielekroć "coś poszło nie tak". Odbiły się jednak olbrzymim echem i miały swoje następstwa. Poufność informacji jest istotna, jej brak niszczący. Anonimowi blogerzy mogą naprawdę wiele zmienić, sam również nie stroniłem od ataku "z ciemnego lasu" na "kotłownie" i oszustów. Zdaję sobie sprawę, że anonimowość w sieci jest jednak ograniczona i posługuję się nią w granicach prawa. W tym miejscy przerywam refleksje, i zachęcam do czytania, mam nadzieję, że rozpaliłem Waszą ciekawość.

A jesteśmy dopiero przy drugim tomie tej wspaniałej powieści, w której poruszamy się w odległą przyszłość - fabuła rozciąga się na setki lat. Autor roztacza swoje wizje przyszłych miast, zmiennego rozwoju cywilizacji, podboju kosmosu, zastosowań nie odkrytych praw fizyki znanych jedynie z teorii. Można nawet powiedzieć, że nad fizyką chichocze, bo co odkrycie, to zaprzeczenie praw fizyki poznanych wcześniej. Czy są jakieś granice, czy istnieją prawa Wszechświata, skoro je łamiemy? Czy ludzkość pokona obcych siłą rozumu i powstrzyma inwazję? Nie zdradzę Wam tego. Ostatni tom cyklu ma tytuł "Koniec śmierci" i bynajmniej nie oznacza wiecznego życia. Jest w nim coś poetyckiego, bo pojawia się niezwykła bajka, a ludzkość robi ostatni krok w podróży, do tajemnicy, która po części jest losem każdego z nas. Może trzeba się więc z tym końcem pogodzić?

26 lipca 2019

Wakacyjna lektura - Ken Follet o ryzyku i obligacjach

Ken Follet znany jest z powieści szpiegowskich, rzadziej historycznych, zaś pozycja, jaką omawiam, czerpie trochę z obu tych gatunków. Sięgnąłem po nią po raz drugi i ze zdziwieniem zauważyłem, że pewne stwierdzenia oparły się upływowi czasu, bo kojarzą się z sytuacjami, które powtarzają się w finansach. Za pierwszym razem miałem wrażenie, że autor pije do kryzysu finansowego z 2008 roku, gdy tymczasem książka powstała znacznie wcześniej (1993). Obecnie trudno nie skojarzyć jej z pewnym bankiem, który był nader zachłanny i nadwerężył zaufanie.

"Niebezpieczna fortuna", bo taki jest tytuł powieści, łączy wątki historyczne, kryminalne, ale i obyczajowe. Czytelnik znajdzie tu intrygi, walkę o władzę, polityczne manipulacje, morderstwa, seks (erotyczne sceny), no i finanse. Akcja toczy się w Anglii w drugiej połowie XIX wieku. Follet połączył we wciągającą całość różne elementy, a ja skupię się na tych powiązanych z finansami. Jest ich wiele zarówno ze względu na okres historyczny, jak i postacie - bankierską rodzinę Pilasterów. W XIX wieku nie brakowały zarówno kryzysów, jak i okazji do silnej ekspansji banków. Uwaga, poniżej zdradzę część akcji książki - jeśli chcecie sami ją odkryć, czujcie się ostrzeżeni, oto SPOILER.

Główny pozytywny bohater, Hugh, jest synem człowieka, który zbankrutował i popełnił samobójstwo. Los skłania go do snucia myśli o odpowiedzialności w zawodzie - ale nie powstrzymuje, by pójść w ślady rodziny, która licznie uczestniczy w zarządzaniu swoim bankiem. Hugh z powodu przeszłości jest w niej czarną owcą, pracuje dla bogatszej części rodziny pnąc się w stopniach kariery. Startuje z niskiej pozycji, co sprawia, że styka się z prostymi ludźmi, którzy ucierpieli na krachu tak jak on.

Widzisz, krach finansowy dwukrotnie zrujnował mi życie. Ci, do których należą banki, są najgorszymi ludźmi na świecie. Niczego nie mogą się nauczyć i wciąż powtarzają te same błędy. A cierpią na tym robotnicy.

To czasy, gdy nie było gwarancji depozytów, zaś każdy krach powodował na zasadzie łańcuszka szereg kłopotów, przy czym najbardziej cierpieli niezamożni deponenci. Nawiasem mówiąc, jedna z postaci książki dąży do powołania tego typu funduszu gwarancyjnego. Ale zacznijmy od początku: Hugh zaczyna karierę w niespokojnych czasach - znanych jako panika roku 1873. To już sam z siebie ciekawy wątek.

Kilka dni temu zbankrutował reprezentujący rząd Stanów Zjednoczonych Jay Cooke Co., pociągając za sobą First National Bank w Waszyngtonie, i wiadomość o tym dotarła do Londynu tego samego dnia transatlantyckim kablem telegraficznym. Obecnie zawiesiło działalność pięć nowojorskich banków, wśród nich wielki Union Trust Company i od dawna istniejące Mechanics Banking Association.

Bank Pilasterów przetrwał trudny okres dzięki bezpiecznym inwestycjom w obligacje Anglii. Tymczasem papiery krajów rozwijających się nie dawały tego komfortu:

Walory wysokiego stopnia ryzyka, takie jak obligacje egipskie, peruwiańskie i tureckie, straciły wartość

Niestety, w dalszej części powieści Pilasterowie także popełniają błąd. Angażują się w obligacje niespokojnego państwa południowoamerykańskiego. Początkowo interes jest zyskowny, jednak chciwość i intrygi pchają ich w coraz nowe emisje, które bank gwarantuje. To znaczy, obejmuje niesprzedane papiery. Skutkiem tego dywersyfikacja aktywów jest zbyt słaba, a ryzyko rośnie, bo polityczna sytuacja destabilizuje się. Strategię tą ładnie porównuje autor:

Jednakże udział w ryzykownych interesach przypominał wynajmowanie mieszkań lokatorom rozwalającego się domu - czynsz będzie napływał do samego końca, ale kiedy budynek ostatecznie się rozpadnie, nie będzie już ani czynszu, ani domu.

Dochodzi w końcu do krachu - przewrót w kraju inwestycji sprowadza obligacje do zera, a bank do upadłości. Hugh ma w nim wówczas już zarówno duże znaczenie jako starszy partner, ale i jako depozytariusz. Tak jak inni partnerzy, odpowiada za bank swoim majątkiem, i przekonuje ich, by nie próbowali aktywów wyprowadzać (gdzie te czasy!). W przeciwieństwie do innych członków zarządu jest ostrożny i utalentowany. Zdaje sobie sprawę z tego, jak ważne są nastroje społeczne w tak napiętej sytuacji.

Możemy poczekać i zorientować się, jaki wpływ wywrze ta publikacja na notowania wyemitowanych już południowoamerykańskich obligacji. Nie jest ich wiele, ale wystarczą do oceny sytuacji.

Hugh w wyniku swoich doświadczeń widzi olbrzymią wartość uczciwości. Kieruje się nią nie tylko w pracy, ale i w życiu osobistym, powstrzymując się od zdradzania żony, która go nie kocha. I dostrzega, że zaufanie jest kluczowe, a uczciwość osobista prostą drogą do budowania go.

Chodzi o to, aby człowiek był tym, za kogo się podaje, i postępował zgodnie z głoszonymi zasadami. A bankier tym bardziej nie powinien być kłamcą. W końcu jeżeli nie może zaufać mu własna żona, to kto może?

Hugh próbuje ratować rodzinę poprzez kontakty z innym bankowcem, przed którym roztacza program ratunkowy. Potrzebne jest jego wsparcie finansowe, dochodzi więc do dyskusji, w której pada szereg ciekawych uwag. Jego rozmówca wyraźnie stroni od ryzyka i ostro krytykuje Pilasterów:

Tam gdzie inni ludzie widzieli wielkie zyski, ja dostrzegałem wielkie ryzyko i opierałem się pokusie. [...] Gdybym teraz wydał pieniądze, ratując was, głupi inwestor zostałby nagrodzony, ostrożny zaś ucierpiałby. A jeśliby interesy w banku były prowadzone na takich zasadach, nikt nie musiałby być ostrożny.

Jakże różne to spojrzenie od aktualnych trendów "bank too big to fail" i podejścia szeregu firm, jakie znamy! Co więcej, ów bankier wcale nie uważa, by kryzysy były czymś, co trzeba zwalczać własnymi środkami. Widzi w nich oczyszczające narzędzie:

Ale przecież ryzyko istnieje. I zawsze będą kryzysy. Są niezbędne, aby przypomnieć zarówno dobrym, jak i złym inwestorom, że ryzyko jest realne.

Czy uda się go przekonać? Tego Wam nie zdradzę, bo jestem przekonany, że sięgniecie po lekturę, która ma szereg dodatkowych smaczków. Książkę można kupić, ale i zapewne znalazła się w bibliotekach - miłej lektury!

24 listopada 2018

Książka "Łowcy z kotłowni. Dziki świat finansowych naciągaczy‎" -recenzja

Kotłownia (ang. boiler room) to firma kreująca gorącą atmosferę wokół wybranych instrumentów finansowych w celu osiągnięcia korzyści; stosuje psychologiczne triki, by skłonić klienta do zawarcia transakcji.

Długo zbierałem się do tej recenzji. Jestem właściwie fanem artykułów o kotłowniach Mateusza Ratajczaka, autora tytułowej pozycji. To one uświadomiły mi, że niemal ocieram się o kotłownie powstałą w okolicy. Sam również drążyłem temat pochodzenia tych firm i ich metod działania. Można więc powiedzieć, że mogę porównać swoje skromne dochodzenie do ustaleń z niesamowitego wyczynu, jakiego dokonał Mateusz. Nie ukrywam, szukałem wręcz punktów wspólnych w obu sprawach. Nie sposób jednak opowiedzieć o książce, nie zdradzając choć części jej zawartości, jeśli więc jesteście fanami jak ja, lepiej przerwijcie czytanie tutaj. Uwaga, będzie lekki spojler. ​

Już na początku mamy mocny akcent i zarazem zaskoczenie, za sprawą osoby, która wystąpiła w programie Jacka Łęskiego "Chodzi o pieniądze". Występujący w programie mężczyzna był pracownikiem kotłowni. W książce opowiada on o perypetiach związanych z tym, że technicy TVP nie dość dobrze ukryli jego tożsamość i został rozpoznany. Co się stało i z jakim finałem - przeczytajcie sami.

Dalej autor opisuje swoją wielkiej przygodę: jak sam zatrudnił się w kotłowni i co działo się wewnątrz niej. To luźniejsza, spokojniejsza tempem, ale i bardziej szczegółowa wersja reportażu znanego nam z money.pl. Akcja tu toczy się znacznie wolniej, jednak nie jest to opis w pełni chronologiczny. Więcej natomiast dowiadujemy się o atmosferze w środku, codziennych zadaniach, szkoleniach, o zwyczajach, o szefostwu, rozmowach z klientami. Mimo ryzyka, dziennikarz zachował zimną krew i przez kilkanaście dni zebrał ciekawy materiał. O wybrykach w kotłowni jest cały rozdział, gdzie znajdziecie m.in. słynny "nagi spacer". Autor dochodzi, kim była tajemnicza dziewczyna i co ją zmotywowało do odarcia się z godności. Są i inne, mniej znane, choć bulwersujące wydarzenia, których wspólnym mianownikiem jest pogarda dla drugiego człowieka. Mając za sobą własne dochodzenie, nie byłem tu specjalnie zaskoczony; mógłbym dołożyć jeszcze parę szczegółów z życia managerów. Byłbym rozczarowany, gdyby był to koniec.

Ale tak nie jest. Swobodniejsza narracja i opis wydarzeń ma swój cel. Książka wyraźnie kładzie nacisk na aspekty psychologiczne, zarówno dotyczące działań naciągaczy, jak i ich ofiar. Potwierdzeniem tego są kolejne rozdziały, zawierające wywiady-rzeki z dwoma psychologami. Pierwszy, na temat manipulacji, wydał mi się nieco rozwlekły, ale drugi, traktujący o kłamstwie, żywo zainteresował. Padają w nim ważne stwierdzenia, jak nie dać się oszukiwać i jak wykrywać kłamstwo. W całej opowieści mamy sporo urywków scenariuszy, jakimi się posługiwano przy oszustwie, są także ilustracje - dokumenty kotłowni. Autor drąży temat psychologii postępowania sprawców, przyczyn, dla których dajemy się nabrać i sposobu myślenia obu stron. Rozmawia zarówno z byłymi pracownikami, jak i ich klientami. Czy żałują tego, co się stało, jak oceniają te wydarzenia? W istocie, jak sam dziennikarz stwierdza, to nie jest książka o foreksie czy kryminał o tropieniu oszustów. To książka o naciągaczach, która głęboko jak żadna inna stara się dociec natury ich sukcesu.

Jest to niejako wymówka, by w całość wpleść jeszcze jedną historię. Dziennikarz zetknął się z celebrytą inwestorów, Gregiem Seckersem, sprzedającym szkolenia. To kolejna dość szczegółowa opowieść o tym, jak wykorzystywana jest chciwość. Przytacza też kilka innych przykładów, w tym nie znaną mi wcześniej aferę ziemniaczaną, krajowy ewenement z humorystycznym akcentem.

Ale wróćmy do kotłowni, tak jak wraca i książka. Narracja opowiada o dalszym śledztwie wokół foreksowych firm i o ustaleniach prokuratury: w całej tej historii są cztery takie firmy, dwie to kotłownie, dwie to cypryjskie platformy forex. Tu nie ma niewiniątek: każda strona ponosi jakąś odpowiedzialność za naciąganie klientów. Nie ma też niewinnych wśród pracowników, a szczególnie managerów w kotłowniach. Zacierają ślady, kluczą, bezczelnie kłamią, a nawet atakują... i tu dochodzimy do wspólnych wątków w mojej historii i tej książkowej.

Obaj opisaliśmy inne firmy, Mateusz trafił na kotłownie izraelskie, ja na czeskie. Skąd tu firmy izraelskie? Oddam głos lekturze: " [...] Izrael jest ojczyzną wielu takich cwaniaków. Dlaczego? Kraj się błyskawicznie rozwinął, stanowi istotne centrum finansów na globalnej mapie". Wybrali Polskę z konkretnego powodu. "Przestępcy lubią kraje, które mają subtelne luki w prawie, ale nie takie pogrążone w chaosie czy niebezpieczne. [...] Potrzebowali kraju, który się rozwija, w którym ludzie się bogacą, który ma podstawowe przepisy prawa. Ale w którym część zapisów jest martwa, nie działa, organy mają inne zmartwienia lub są łatwe do przekupienia." W każdym z tych przypadków stosowano wiele podobnych trików: budowano pokrętną siatkę firm, ukrywano ich nazwę, podobnie traktowano pracowników. Co ciekawe, izraelskie kotłownie korzystały z listy telefonów pochodzących jeszcze z Bohemii IZ, jednej z pierwszych czeskich firm tego typu w Polsce i uchodziła ona za wzór! Wniosek - personalnie szefowie firm musieli się znać, mieć kontakty. W ostatnich zatrzymaniach ponownie pojawił się obywatel Izraela. Cofając się w czasie, dziennikarz dochodzi do podobnych wniosków jak ja, wskazując na Affin Brokers jako prapoczątek tego przekrętu (odcinek pierwszy Historii). Być może trafił na mojego bloga - a na pewno trafił na czeskie artykuły na ten temat. Wspomina też nagranie wideo, które ja również umieściłem we wpisie o Global Markets.

Inny wspólny wątek to historia ofiary oszustów, która nie daje za wygraną. Tu pojawia się starcie z prawnikami, stojącymi po stronie naciągaczy. "Tak zwykle bywa, że przy podejrzanych o przekręty finansowe pojawiają się drodzy prawnicy.​" Zgadnijcie kto to? Chodzi o tę samą kancelarię, która wysuwała roszczenia Safecap do reprezentanta poszkodowanych. Miałem wręcz wrażenie, że czytam kalkę historii, jakiej sam wysłuchałem i opisałem w odcinku 6. Kancelaria, a potem przecież i sąd, który poprzez uznanie roszczenia niejako osłania przestępczą działalność - czy jakąś odpowiedzialność w ogóle poniesie?

​Mateusz podkreśla, co zgadza się moim doświadczeniem, jak trudne jest śledztwo i jakie opory napotyka. Gangi paliwowe i podatkowe to przy sprawach naciągaczy łatwizna. Poplątane sprawy, nazwy, zapierający się ludzie, rozumienie instrumentów finansowych, prawa - to wszystko jest barierą, jaką udało się pokonać w tym wypadku, a w ilu innych nie? "Prokuratura często umarza postępowania. Te, które dotyczą internetu, są nam uwalane w 90 procentach". Niech to zdanie będzie ostrzeżeniem. Przestępcy wyprzedzają przepisy, korzystają z dziur, którymi wycieka gotówka. I chyba nie przestanie, bo pomysłowość ludzka nie ma granic. "Jedyny sposób na bezpieczeństwo? Nie podawać ręki naciągaczom. Nie reagować na telefony, przerywać rozmowy." Ja też blokuję telefony.

Podsumowując, ta książka to nie kryminał, choć jej bohaterowie trafiają do kryminału; nie jest też kondensatem sensacji w tej mierze, co artykuły na money.pl. Ale to jedna z nielicznych i najlepsza jak dotąd pozycja analizująca sposoby i naturę naciągaczy oraz czułe punkty ich ofiar. Czyli nasze - więc właściwie jest to lektura dla każdego inwestora.