Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makro-i-polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makro-i-polityka. Pokaż wszystkie posty

3 czerwca 2023

Bajki Maluch+

 Na stronie rządowej czytamy:

"Ważnym elementem wsparcia rodzin w wychowywaniu dzieci jest także program Maluch+. Od 2016 roku powstało ponad 140 tys. miejsc opieki nad maluchami. Na koniec 2015 roku było niespełna 3 tys. placówek, które oferowały zaledwie 84 tys. miejsc opieki. Dziś funkcjonuje ponad 8 tys. instytucji opieki, w których jest blisko 230  tys. miejsc opieki nad maluchami."

Ten krótki fragment to tylko jedna z wielu wypowiedzi, w której pada kilka liczb: 2015, 2016, 230 tys., 140 tys., a zaraz za nimi dalsze obietnice i dalsze liczby. Na kolejne lata programu (2022-2029) obiecywano 90 tys., a potem i 102 tys. miejsca dla najmłodszych. 

Czas sprostować w tej notce propagandę, niedomówienia i obietnice postawione na cienkim lodzie. 

Program Maluch+ nie zaczął się z końcem 2015 roku. Jego ogłoszenie to listopad 2016 roku, a jest on kontynuacją programu Maluch, który był prowadzony w latach 2011-2016, a więc zapoczątkowany za czasów rządu Platformy i PSL. Problemem pierwotnego programu było jego ogłaszanie w trakcie roku i szycie na miarę budżetu. Od 2016 to zmieniono, a liczba tworzonych miejsc wyraźnie wzrosła. I taki trend był w kolejnych latach.

Można więc mówić o sukcesie Maluch+, ale nie można zapominać o jego rodowodzie, szczególnie gdy podaje się liczbę miejsc w placówkach od końca 2015 roku, gdy realizowany był program Maluch. Sugerowanie, że jest sukcesem tylko jednej partii, jest zawoalowanym kłamstwem propagandy. Zauważono to już w 2017 r. na łamach portalu naTemat. Przywłaszczony sukces, właśnie tak. A przecież można było zrobić z niego przykład ponadpartyjnej współpracy i kontynuacji polityki.

Wspólny rodowód potwierdzają również przemieszane dokumenty programów na stronie rządowej. Znajdziecie tam wzory dokumentów, wnioski, wyniki konkursów. Znamienne jest to, że tak potężny, wielomiliardowy program nie ma żadnego załącznika ewaluacji. Nie ma własnego dokumentu oceny wpływu programu na rynek pracy, na dzietność, wskaźniki wykorzystania miejsc, spełnienia potrzeb, itd. 

Nie oznacza to jednak, że takie wyliczenia nie powstawały. Przynajmniej część można znaleźć w dokumentach  ewaluacji  Regionalnego Programu Operacyjnego dla poszczególnych województw, gdzie oceniano lata 2014-2020. Próbę oceny podjął także NIK, w swojej kontroli programu, zauważając, jak bardzo wiedzy na ten temat brakuje ministrowi. Stwierdza też, że nie wiadomo, jakie są potrzeby w kwestii miejsc (ale wiadomo, że na tamten okres nadal one były).

A ile nowych miejsc dla dzieci do lat 3 powstało w ramach programu, licząc od początku 2016 roku? czy 140 tysięcy? Nie. Program zasadniczo miał dwa cele: tworzenie nowych miejsc i dofinansowanie istniejących.  Z materiałów programu, który jeszcze w 2016 roku nazywał się Maluch, wyciągnąłem z informacji o wynikach konkursów część dotyczącą nowych miejsc. Suma nowych miejsc, jak policzyłem, to 76,1 tys. Tyle wynika z konkursów, ale nie ma informacji, czy miejsca te faktycznie funkcjonują dziś. Liczby możecie sami zweryfikować.


Od końca 2021 nie przybyło ani jednego miejsca. Wszelkie przechwałki polityków odnośnie miejsc w żłobkach od tamtej pory są więc nieuprawnione, a prosta kalkulacja wskazuje, że niemal co drugie miejsce od końca 2015 roku z ogółu 140 tys. powstało poza programem. Około 60% miejsc nadal stanowią miejsca w placówkach prywatnych, które to stanowią około 75% wszystkich, jak podaje GUS, i część z nich korzystała z programu, część nie. Te proporcje utrzymują się od lat.

Zauważcie, jakim fałszem jest komunikat rządowy z początku wpisu: w jednym zdaniu pada nazwa programu, w drugim liczba powstałych miejsc. Tak ma działać sugestia, że to informacje związane ze sobą, że jedna wynika z drugiej. A jaka jest prawda, widać w tabeli.

A co o programie napisano w regionach? Wskaźniki poprawiły się. Program ma zadowolonych respondentów. Utworzone miejsca są dość trwałe. Ale o nowych żłobkach czytam: zjawisko koncentruje się głównie w największych ośrodkach miejskich województwa, co związane jest bezpośrednio z liczbą osób aktywnych zawodowo, które przekazują opiekę nad dziećmi instytucjom do tego przeznaczonym. Przewidywania: następować będzie stopniowe nasycenie popytu na tego rodzaju usługi, głównie na terenach miejskich. Autorzy wyrażają swoje obawy o koszty. Wskazują, że żłobki powstają najczęściej w miastach, bo nawet jak ludzie mieszkają po wsiach, to dojeżdżają do pracy czy do sklepu i taka lokalizacja im pasuje. Krótko mówiąc, żłobek w każdej gminie to jedna z politycznych mrzonek, szczególnie w odniesieniu do gmin wiejskich. Na koniec 2021 roku było 1105 gmin bez miejsc opieki. A jak wiemy z danych GUS, demografia szwankuje szczególnie poza wielkimi ośrodkami i szczególnie na wschodzie.


Można się więc zastanawiać, ile żłobków nam jeszcze potrzeba. Z tej formy opieki korzystają niemal wyłącznie dzieci w wieku 1 lub 2 lata, nieliczne wyjątki potwierdzają tylko koncentrację na dwóch rocznikach.


O ile niedawno dwa roczniki dzieci to było niemal 800 tys. maluchów, to za rok będzie to około 600 tysięcy, a za kilka lat może tylko pół miliona. Przy 230-240 tys. miejsc opieki dałoby to wskaźnik 40% dostępności miejsc. Postulowany wskaźnik dzieci w opiece instytucjonalnej z tzw. celów barcelońskich (przed rewizją) to 33%. Po budowie kolejnych 100 tys. liczba miejsc znacznie przekroczy 50% potencjalnych dzieci (taki był cel na rok 2030 po rewizji z 2022 roku, ale nie uwzględnia on urlopów). Ba, być może realizacja ćwierci planu programu Maluch+ wystarczy, by w 2030 roku co drugie dziecko w wieku 1-2 lata miało miejsce w żłobku. Nie wiadomo, czy rodzice wykorzystają tyle miejsc, nie każdemu żłobek odpowiada. 

A to nie jedyna kłoda do planu. Plan opiera się o trzy źródła finansowania, w tym dwa to europejskie: KPO i FERS, a wypłata środków zależy od "złej" Unii, która domaga się przywrócenia praworządności. Sądząc po występach ministra Czarnka przed komisją EU, nie zanosi się na ustępstwa i zgodę w tym temacie. Oznacza to, że program Maluch+ jest praktycznie zablokowany, dopóki plan finansowania się nie zmieni. A chyba dla rządu środki unijne są ważne, może nawet ważniejsze niż opinia rodziców, skoro cały rok 2022 upłynął bez takiej decyzji. Chodzi o 5,5 mld złotych, co wydaje się małym wydatkiem w porównaniu do programu 800+, który już w pierwszym roku będzie kosztował o 24 mld więcej, niż 500+. Czy rządowi naprawdę zależy na dobru dzieci i rodziców?

I czy 5,5 mld wystarczy na nowe 90-102 tysiące miejsc? Koszty utworzenia jednego miejsca gminy wyceniają nawet na ponad 100 tys. złotych, a inflacja co roku dokłada swoje. Gdyby więc chodziło tylko o budowanie nowych miejsc, a program miał zapewnić finansowanie w 100%, to byłoby ich raptem 55 tysięcy. Tak jednak nie będzie: czasem do tworzenia miejsc użyte będą istniejące zasoby, np. dostosowanie przedszkola, ponadto gminy będą musiały dołożyć nawet ponad połowę z własnych środków. To właśnie budzi obawy gmin, jest przeszkodą, i może skutecznie opóźniać i ograniczyć końcowy rezultat.

Dalsze opóźnianie programu może doprowadzić do tego, że zawali się on pod ciężarem kosztów dla gmin i braku chętnych, spowodowanym częściowo spadkową demografią. Program miał ambicje zapełniania "białych plam" na mapie żłobków, tymczasem bardziej sensowne może być łączenie gmin, tam, gdzie one się wyludniają. Z drugiej strony realizacja planu budowy jest możliwa, skoro na inne programy znajdują się pieniądze. Wystarczy zmienić priorytety.

Cele, dla których wzmacnia się opiekę instytucjonalną, to głównie rynek pracy, rozwój dzieci, równość płci. W dyskusjach, jakie śledziłem, czy w Strategii Demograficznej 2040, w niskiej liczbie żłobków widziano barierę demograficzną. Daleki byłbym jednak od twierdzenia, że nowe miejsca poprawią demografię. Doświadczenia innych krajów są na tym polu mieszane, wyniki zmienne od bardzo optymistycznych do pomijalnych. U nas nawet nie ma badania, jaki wpływ mogły mieć dotychczas założone żłobki. Wskaźniki dzietności były i pozostają bardzo niskie.

22 października 2022

Szukanie ratunku dla demografii, czyli naczynia połączone i mit srebrnej kuli.

 Jakiś czas temu p.prof. Hrynkiewicz zauważyła podobieństwo demografii do ekonomii, wskazując, że obie te dziedziny posługują się matematyką, choć ścisłe nie są. 

Ja dostrzegam jeszcze inne podobieństwo tych dziedzin. W ekonomii często mówi się, że rynki to naczynia połączone: zmiany w jednym miejscu powodują zmiany przepływu pieniądza, oddziaływając na sektory na pierwszy rzut oka niepowiązane. To też problem przewidzenia skutków, wrażliwości systemu i trudnych do modelowania reakcji ludzi. Najzabawniejszą ilustracją tego problemu była maszyna Chluper z powieści Terrego Prachetta.

Demografia — spadkowa czy rosnąca — to także efekt wielu działań i czynników, czyli także tu ilustracją mogą być naczynia połączone. Wrażliwe na zmiany, delikatne kwestie płodności i decyzji o rodzinie wymagają spełnienia wielu warunków wstępnych, o których wspominał na konferencji demograficznej Tomas Sobotka: ukończenie edukacji, uzyskanie źródła dochodu (pracy), zgromadzenie zasobów (np. mieszkanie), znalezienie właściwego partnera i wreszcie poczucie gotowości do rodzicielstwa. Nie wszystkie z tych punktów jest w stanie adresować polityka, ważne jest wsparcie rodziny, ogólne warunki życia, a to z kolei może zależeć od wyborów dokonanych znacznie wcześniej.

Jednak politycy bardzo często widząc problem spadającej demografii, próbują znaleźć jeden czy drugi cudowny środek. Jak w horrorze, gdzie próbuje się zwalczyć wilkołaka czy wampira, szuka się "srebrnej kuli" by ostatecznie zwalczyć problem. 

Tylko że takiego panaceum nie znalazł nikt, a cudowne środki mają efekty uboczne tak jak w ekonomii — to efekt naczyń połączonych. 500+ po początkowym podniesieniu dzietności podniosło też koszty usług dziecięcych. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego mającego ograniczyć aborcje do zera wcale nie podniósł dzietności, a wystraszył i zdenerwował kobiety. Wydatki socjalne ogółem, szczególnie osłony w sytuacji pandemii napędziły inflację, co podbiło stopy procentowe, ograniczyło dostępność kredytów, a tym samym mieszkań, co raczej pozytywnie na TFR nie wpłynie. Zastosowane polityki nie tylko u nas, ale w wielu innych krajach są często niespójne, niestabilne, działają krótkoterminowo i brakuje im analizy zmiany opartej o grupę kontrolną. Żadna nie dała wysokiej dzietności, ale udawało się ją poprawić o parę dziesiątych.

Należy więc nastawić się raczej na szereg mniejszych działań znoszących bariery, wychodzących obywatelom naprzeciw, ułatwiającym im dotarcie do celu, jakim jest życie rodzinne i poczucie szczęścia. Tego nie da się moim zdaniem zrealizować bez zadbania o usługi publiczne jak edukacja, ochrona zdrowia, poczucie i bezpieczeństwa, także tego finansowego. Zmiany bardzo szerokie, czasem wnikające w szczegóły, mające na celu całościową poprawę. Często powtarza się słowo: elastyczność w odniesieniu do wsparcia różnych form rodziny, różnych środowisk i sytuacji życiowych. Co trudniejsze, chodzi o długoterminowe cele, które wymagają ponadpartyjnej i resortowej zgody, by polityka była trwała i spójna. To jeden z nielicznych punktów, gdzie mogę profesor Hrynkiewicz poprzeć.

Boję się jednak, że nie pójdziemy tą drogą, bo atmosfera zgody narodowej nie jest u nas w modzie, a pojawiają się kolejne propozycje srebrnych kul. Przykładem niech będzie luka edukacyjna między płciami: dużo więcej kobiet studiuje niż mężczyzn. Panowie z racji swojej siły, zdolności technicznych czy operatywności w szukaniu dróg na skróty wolą pracę zawodową od studiów. Tym samym młode panie wyjeżdżają na studia, a panowie częściej zostają w rodzinnych miastach, co utrudnia im spotkanie się, a i buduje różnicę intelektualną.  Temat jest dość złożony, jednak obawiam się, że zastosowane rozwiązania, by zbliżyć kobiety i mężczyzn, będą mniej delikatne. A przecież edukacja to nie tylko rozłąka, to poczucie wiedzy i rozumienia świata, możliwość rozwijania zdolności, służenia głęboką wiedzą społeczeństwu i awans finansowy. Czy politycy mają prawo wpływać na nasze wybory w tych kwestiach? Czy przewidzą konsekwencje? Gdzie są te analizy, gdzie przykłady pokonania luki?  A może po prostu nie potrafią pogodzić się z awansem kobiet?

Pozostawię te pytania otwarte. Pamiętam, jak na inteligencję wpływali twórcy "Nowego wspaniałego świata". Wróćmy raczej do dyskusji o usługach publicznych. Czy opieka zdrowotna w Polsce poprawi się, czy zostanie ograniczona do komórki jajowej, plemnika, rodzącej i bobo? Czy luka edukacyjna to nie jest też dużo gorszy poziom nauczania poza dużymi miastami? Czy ludzie muszą cierpieć z powodu krótkowzroczności polityków, którzy nie zadbali o rozwój energetyki w Polsce?

11 czerwca 2022

Witajcie w Rosji! uff, to tylko wakacyjna lektura

Zbliżają się wakacje i urlopy, i zapewne chętnie przeczytalibyście coś ciekawego, ale nie trudnego, sącząc napoje i wypoczywając. Jak co roku, mam propozycję, i tym razem powiązaną z aktualnymi wydarzeniami!

Najpierw parę słów o autorze. Dmitrij Głuchowski to spolszczone nazwisko (angielska wersja Glukhovsky Dmitry) Rosjanina, który w cyrylicy nazywa się Дмитрий Алексеевич Глуховский. Jest znany z postapokaliptycznej powieści Metro 2033 i jej kontynuacji, oraz stworzenia powiązanego z nimi międzynarodowego projektu o nazwie Uniwersum Metro 2033. Pod jego szyldem, stosując się do ustalonych przez Głuchowskiego reguł, piszą i publikują autorzy z całego świata. Ten pomysł chwycił i owocował mnóstwem powieści. Jak na osiemnastolatka, dobry początek.

Ale ten wpis nie dotyczy żadnego z tych utworów. Moje zainteresowanie wywołał zbiór opowiadań "Witajcie w Rosji" wydany w 2014 roku (oryginalnie Рассказы о Родине, 2010). Niech Was nie odtrąca to, że Rosjanin, i że o Rosji. Warto zrobić wyjątek, by lepiej zrozumieć, co jest, a co nie w naturze tego kraju, szczególnie teraz, w trakcie wojny. Autor nie wydaje się wrogiem, a książka pomaga lepiej zrozumieć, z jakim problemem się mierzymy.

Opowiadania Dmitrija obnażają życie w Rosji, ustrój z jego wadami, można powiedzieć: krytykują, z pewną dozą fantazji i humoru. W niezależnych od siebie historiach są naukowiec, oligarchowie i politycy,  pracownik telewizji, milicjant, celebryci, wiejskie babuszki - społeczny przekrój. Ich niezwykłe losy nie są oparte na faktach, a mimo to czytelnik ma wrażenie, że ociera się o rzeczywistość. Ba, pojawiają się bajkowe i fantastyczne postacie i gadżety, jednak tylko po to, by pokazać, że panujące tam stosunki to raczej koszmar, a sytuacje zmuszają do zachowań  przekraczających najbardziej fantazyjne scenariusze.

Lekka forma, przesłanie ukryte nieco między liniami, czasem zabawna treść, która skłania do niezbyt zabawnych wniosków. Opowiadania czyta się łatwo i na całe wakacje mogą nie wystarczyć. Nie chciałbym zdradzać konkretów ani treści, bo zepsułbym przyjemność lektury. Ale za to mogę zdradzić nieco z tego, co między liniami da się znaleźć i na jakie pytania odpowie utwór.

Co oznacza wolność dla oligarchy? Jaka jest klasyczna idea narodowa Rosji i jakie wydarzenie najlepiej ją sumuje? Czy Rosja się zmienia? Czy możliwe są wolne wybory? Co zmieniłaby wojna atomowa dla przeciętnego obywatela? Czy w ogóle można mieć zasady? Jakie są priorytety w mediach?

Polecam. Gdzie kupić:


6 marca 2022

Podziel się z uchodźcą wojennym!

Wojna absorbuje chyba już wszystkich, dręczy nerwy, drąży kieszeń, skłania do refleksji. Po szoku, jaki mieliśmy, trzeba ochłonąć i działać.

Prawdopodobnie dziś w Polsce liczba uchodźców z Ukrainy przekroczy milion osób. Są to głównie matki z dziećmi. Już w wielu domach goszczą je Polacy i jest to obraz bardzo podnoszący na duchu. Miałem obawy, czy latami hodowana nieufność wobec obcych, czy animozje historyczne, tarcia o rynek pracy nie będą tu przeszkodą. Ale póki co tak nie jest, choć dochodzi do incydentów i są osoby, które chcą wykorzystać ludzi w tej trudnej sytuacji. Hotele, które podnoszą ceny o 300% czy "przewoźnicy" naciągacze i gwałciciele. 

Dlatego za ważne uważam stworzenie jakiegoś społecznego sposobu na weryfikowanie osób oferujących transport czy mieszkanie. Coś jak opinie z platform zakupowych, by odsiać nieuczciwe oferty. Grupy społecznościowe na Facebook mają taką moc. Największa to Pomoc dla Ukrainy

To jest ten czas, by podzielić się z uciekinierami i okazać gościnność. Nakarmić, spytać co potrzeba, może podsunąć. Najlepsza jest pomoc bezpośrednia, osobista, uważam, że jest cenniejsza niż przelewy (których jednak też nie powinno braknąć). Po pierwsze dlatego, że cała trafia do potrzebujących i nie tuczy żadnego pośrednika. Po drugie, może być dobrze sprofilowana do potrzeb. Po trzecie, jest ćwiczeniem duchowym (a często i fizycznym), które jest wartością dla pomagającego. 

To nie jest kwestia jedynie posiadania miejsca, czy bogactw, by pomagać: dzielić się może każdy. To nie muszą być wielkie kwoty ani nowe rzeczy. Popytajcie znajomych, w pracy, poczytajcie te grupy. Uchodźcy często są już naszymi sąsiadami, łatwo ich znajdziecie. Na tym polega sharing economy, aby się dzielić tym co jest. Ogłoszenia o potrzebach uchodźców szybko się znalazły także na lokalnych grupach "śmieciarkowych", które opisałem jakiś czas temu. Każde takie działanie to nasze "nie" dla agresji Rosji.

Są i online organizacje pomocowe. Warto wspomnieć, że potrzebują nie tylko środków, ale i rąk do pracy, wolontariuszy i ich czasu, aby działać efektywnie i skutecznie:

🔹Polska Akcja Humanitarna
🔹Polski Czerwony Krzyż
🔹Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej
🔹Polska Misja Medyczna
🔹Ukraine Now
🔹Polskie Forum Migracyjne
🔹Caritas
🔹 UACRISIS
🔹 Bezpośrednia pomoc medykom ukraińskim na froncie
🔹 Fundacja Ocalenie
🔹 Widzialna ręka
🔹Widzialna ręka dedykowana sytuacji w Ukrainie https://www.facebook.com/groups/245011286511270
🔹Pomoc dla zwierząt w Ukrainie (Допомога домашнім тваринам в Україні)

Trzeba podkreślić, że ta trudna sytuacja może trwać miesiące. Nastawmy się na pomoc regularną, myślmy też o dawaniu wędki, nie tylko ryby: na wagę złota będą oferty pracy, długiego najmu, i im podobne. Nie bez sensu będzie też przemyślenie własnego bezpieczeństwa, poduszki finansowej, wzmocnienie relacji z rodziną i znajomymi, także tymi poza granicami.

Niestety należy się liczyć z tym, że sytuacja geopolityczna i ekonomiczna zmieni się mocno i co gorzej, długoterminowo. Doszło do wydarzeń o nieobliczalnych skutkach, przekroczono granice, za które nie ma powrotu. Nastawcie się na zmiany. A pierwszą zmianą niech będzie ludzka solidarność.

13 listopada 2021

Nowe 500+. Zgonów w Polsce. Tak działa prawo szuriatu.

 Obserwuję pandemię od stycznia 2020. Jestem jednym z pierwszych, którzy uznali, że warto, i nielicznych, którzy to robią dotąd. Moje spostrzeżenia publikuję na Twitterze.

W maju 2021 roku byłem przekonany, że Wielka Brytania (UK) szybko poradzi sobie z koronawirusem. Stało się inaczej: wariant Delta okazał się bardzo zaraźliwy i trudny do zatrzymania. Liczby chorych rosły. Brytyjczykom udało się uniknąć licznych zgonów tylko dzięki podjęciu działań, a były to: testy, okresowe izolowanie ognisk zarazy, szczepienia. Wielka Brytania jako jedna z pierwszych szczepiła się przeciwko covid19 głównie Astra Zenecą, a akcja szczepień trwała dość długo, bo początkowo stawiano na duże odstępy pomiędzy dawkami. Potem to zalecenie zmieniono, ale jeszcze w czerwcu szczepiono młodych dorosłych, podczas gdy w Polsce szczepienia zaczęły obejmować młodzież. Testowanie pomogło diagnozować sytuację i utrzymać pod kontrolą. Może politycznie wizerunkowo ilość 30-40 tysięcy zarażeń wygląda słabo, ale to właśnie dzięki testom udało się je wykryć, izolować i wykazać, że udział zgonów spadł do około 0,5% zarażeń. Przeciwnicy szczepień wskazują te zarażenia, ale jakoś nie widzą skutku w postaci powstrzymania skali zgonów. 

Wariant Delta okazał się nie tylko szczególnie zaraźliwy, ale i bardziej odporny na szczepionki. Łatwiej przełamuje odporność. Badania dowodzą, że w ciągu pół roku popularna szczepionka Pfizera traci połowę swojego ochronnego potencjału (LINK, LINK). W sytuacji takiej jak UK stają kolejne kraje, w tym Izrael słynący z wysokiego wyszczepienia. Zdecydowano się na podawanie kolejne dawki szczepionki, bo na leki przyjdzie jeszcze poczekać. Dodatkowa dawka, tzw. booster, dała efekt - fala pandemii znowu się tam załamała. Drogą taką jak Izrael już idzie UK, i wierzę, że stłumi pandemię. Będzie to jednak zależało od wiary w skuteczność szczepionki, wiary w naukę. A z tą w Europie jest różnie.


Powyżej: szczepienia per capita dawką przypominającą, poniżej: zgony covid19 w Izraelu.

Najmniejsze wyszczepienie w Europie miało miejsce w krajach bałkańskich oraz poradzieckich. Przesądy, teorie spiskowe, w tym widzącą w szczepionkach spisek Żydów; duchowni szerzący pogląd, że szczepionka to grzech ("zawiera komórki abortowanych płodów") - to wszystko złożyło się na klęskę krajów takich jak Bułgaria i Rumunia. Dość biednych w skali UE, ale bez problemu mogących się wyszczepić. Dziś te kraje notują olbrzymie ilości zgonów. Służba zdrowia nie nadąża i błaga o pomoc międzynarodową, znów stosuje się restrykcje. Groza sytuacji skłoniła wiele osób do zaszczepienia się pomimo wcześniejszego wahania czy niewiary:


Wykonane dawki szczepionki per capita: Rumunia, Bułgaria

Próba diagnozowania sytuacji pandemicznej wymaga wykonania wielu testów, wręcz powszechne i bardzo częste testowanie. I tak od początku pandemii wykonano w UK średnio 5 testów na obywatela, w Austrii - 11 testów, w szeregu wielu krajów rozwiniętych ok. 1 testu na głowę. W Polsce na testy dalej się żałuje, bo jest to 0,6 testu na osobę. Nie zleca się testów osobom szczepionym. Skutek? Niekontrolowane szerzenie wirusa. W ciągu ostatniego tygodnia było ponad 20% testów pozytywnych.

Wypada więc spytać, jak władze chcą ochronić nasz kraj przed kolejną falą, skoro na początek choroby wolą zbić termometr. Niby propaguje się szczepienia, ale jakoś tak bez przekonania: część polityków (w tym są i przykłady z PiS)  nie szczepi się, część podkreśla, że to dobrowolne, telewizja więcej czasu poświęca na szkalowanie opozycji, niż podkreślanie roli szczepień i szerzeniu wiedzy o szczepieniach. Wskutek tego zaniechania program #Szczepimysie jest nieustannie atakowany przez niedowiarków, kłamstwa o nieskuteczności szczepień. Tu żaden rządowy troll nie pomaga, za to w kwestiach flag, marszów, opozycji czy poparciu decyzji ministrów trolli jest aż nadto. Teorie spiskowe, strach przed szczepieniem jest tak duży, że program szczepienia zatrzymał się w miejscu.

Jesteśmy w nielicznej grupie krajów półkuli północnej, gdzie szczepienia utknęły poniżej 55% populacji i toczą się bardzo powoli. Ta grupa krajów topnieje, a Polsce ucieka już nie tylko Europa, ale i Azja. Jeśli tak idzie nam z pierwszą akcją szczepienia, to co będzie z dawką przypominającą? Tylko nieliczni radzili sobie gorzej w pierwszej turze szczepień (poniżej wybrałem co większe kraje półkuli północnej o niskim wyszczepieniu):

Przegrywamy wyścig o zdrowie, wyścig, którego zwycięzcy znów będą w stanie wrócić do konsumpcji na sposoby znane przed pandemią. Czy politycy sobie zdają sprawę z tego, że przegrana to straty gospodarcze?

Polacy ignorują zalecenia, noszenie maseczek, dystans i szczepienia. Wyczuwa się zmęczenie i zniecierpliwienie pandemią i ograniczeniami. Ich łamanie nie spotyka się z żadnymi obostrzeniami ani karami, jak na początku 2020 roku. Nie ma mowy o wymaganiu certyfikatów szczepienia, choć coraz więcej krajów robi taki krok. W Europie coraz częściej wymaga się testów i szczepień, certyfikatów, udostępnia testy kosztujące eurogrosze. To nie nadmierna chęć władzy - to chęć przetrwania. 

Jak to się dzieje, że brakuje chęci naszym politykom? Gros głosów na PiS to województwa wschodnie kraju, gdzie wyszczepienie jest najniższe, a ilość zarażeń najwyższa. W takim środowisku restrykcje oznaczają mniejsze poparcie, a na to partia nie może sobie pozwolić.

Z kolei Konfederacja to w dużej mierze przedsiębiorcy, których obostrzenia i ograniczenia 2020 roku silnie dotknęły. Czy dziwić się, że teraz podważają pandemię i narzędzia walki z nią, skoro boją się utraty zysków? Chyba trochę dziwić się jednak należy, bo negowanie nauki to już nie polityka, to domena ciemnogrodu, zacofania, zwolenników foliowych czapeczek przeciw zabójczemu działania fal 5G - ludzi, do których odnosi się pogardliwe słowo "szuria". W istocie, pobłażanie wszelkim antynaukowym przekazom, unikanie decyzji mogących ratować życie ludzkie to nie przejaw odpowiedzialnej polityki, ale bezwzględne rządy pokazujące strach przed utratą władzy. Określam je "prawem szuriatu", bo mają więcej wspólnego z  autorytarną władzą religijną niż nauką i etyką. Chichotem historii jest to, że Iran czy Arabia Saudyjska są dziś wyszczepione lepiej niż Polska. Widocznie tam o szczepieniach kłamie się mniej, a może i autorytety są lepsze?

A co nas czeka już wkrótce w związku z tym? Los taki, jak krajów o podobnej kulturze i stopniu wyszczepienia. Kraje bałtyckie, Węgry, Słowacja notują ostatnio od 40 do 130 zgonów tygodniowo na każdy milion obywateli. Przyjmując średnio 80 zgonów, przelicza się to dla Polski na ponad 400 zgonów dziennie. Przy czym w Polsce 10 listopada 2021 mieliśmy najwyższą tygodniową dynamikę zarażeń na półkuli północnej wśród krajów mających powyżej 5 mln mieszkańców. Nie towarzyszą temu żadne ograniczenia, próba przekonania czy ratowania niezaszczepionych. Raczej wzruszanie ramionami: przecież można się szczepić! Nie widzę więc żadnego argumentu, by zgony nie skoczyły w piku i powyżej 500/dzień, prawdopodobnie już w ciągu dwóch tygodni. To jest nowe 500+, które nadprogramowo zafundowali nam politycy. 


Koszty gospodarcze, społeczne tego zaniechania są olbrzymie, ale widocznie rządzący uznali, niczym postać z filmu Shrek, że są gotowi na to poświęcenie. Utrzymają władzę, a przecież odpadnie ciężar dla systemu: tylu starych, schorowanych, nie dość bystrych. Antyszczepionkowcy to gatunek skazany  na wymarcie, tak długo, jak długo nie ma leku na covid19. Czy można jednak przejść spokojnie nad tym wyrachowaniem?

26 września 2021

Demografia a inflacja. Czy czeka nas inflacyjny rewers?

    Jaki wpływ na inflację ma demografia, a przede wszystkim demografia krajów o spadającej liczbie mieszkańców? Chętnie dyskutuję ten temat i nie uważam, by lista argumentów była zamknięta. W tym wpisie chciałbym przedstawić ścierające się poglądy i nawiązać do przykładów krajów rozwiniętych, które są w sytuacji spadającej liczby obywateli z powodu niskiej dzietności.

Impulsem do wpisu była lektura bloga Trystero, który pisał o potencjalnej zmianie i  wskazał na możliwe "silne dysinflacyjne trendy demograficzne". Dysinflacyjne, czyli ograniczające inflację. Jakie  trendy na myśli? Na Twitterze wyjaśnił, że "analitycy DB traktowali wzrost wielkości siły roboczej (dywidendę demograficzną) jako mechanizm dysinflacyjny". Rzeczywiście analitycy Deutsche Bank takie poglądy wyrażali, opisując  możliwość rewersu długoletniego trendu inflacji, i wskazując na takie czynniki jak ograniczenie emisji CO2, osłabienie trendu globalizacji czy brak siły roboczej i starzenie społeczeństwa. Nie było dla mnie do końca jasne, czy to sam wzrost siły roboczej uznają za dysinflacyjny (bo rośnie podaż) czy wzrost pod warunkiem dywidendy, czy też cały okres dywidendy demograficznej. 

  A co to jest, ta dywidenda demograficzna? Przez wieki ludzie byli płodni na tyle, że mimo krótkiego oczekiwanego czasu życia ludzkość zwiększała swoją liczebność, wyrównując nawet ubytki związane z wojnami i epidemiami. Postęp nauki, szczególnie w epoce industrialnej, umożliwił ograniczenie śmiertelności i dalszy wzrost populacji. Gdy zaczęła też spadać ilość porodów dzieci, to razem z trendem śmiertelności pozwoliło to zmniejszyć obciążenie demograficzne do minimum i powiększyć pokolenia potencjalnych pracowników. To właśnie moment przejścia demograficznego. Dużo młodych i w sile wieku pokoleń, ale jeszcze mało starców i już mało dzieci. Idealny układ demografii dla przemysłu, produkcji — stąd nazwa dywidendy demograficznej. Przez jakiś czas liczba ludności nawet rośnie, potem stabilizuje się i w końcu zaczyna spadać.

I chyba o to bardziej chodzi ekonomistom, do czego jeszcze dojdziemy, a inne czynniki, jak globalizacja i postęp w technologii to dość oczywiste motory pomniejszające inflację. A gdy wahadło obciążenia zmieni kierunek, czy inflacja też ruszy do przodu? Taki pogląd pojawia się np. w książce Goodheart'a The Great Demographic Reversal. Część ekonomistów uważa, że kurczenie się pokolenia pracowników wywrze olbrzymią presję na płace, a przez to na inflację. Obserwując sytuację w Polsce w ostatnich latach łatwo zrozumieć te obawy. 

    Ale mamy też przykłady krajów z demograficznym kryzysem, które nie dają dobrego dowodu tej tezy. Inflacja Japonii, która kolejny rok jest w zapaści, jest bardzo umiarkowana, a przejściowo była to deflacja. Dywidendzie demograficznej towarzyszy starzenie społeczeństwa. Bank Japonii (BoJ) komentując sytuację, wskazuje nawet, że starzenie społeczeństwa powoduje zanik popytu i robi co może, by zwalczyć deflację. 

I jak się nad tym zastanowić — to ryzyka tornada demograficznego jak najbardziej dotyczy też zapaści finansów. To młodzi ludzie mają popyt na życie i szereg potrzeb. To oni biorą kredyty, a zdolność kredytowa z czasem maleje, u sędziwych emerytów jest zerowa - banki nie chcą im pożyczać. A coraz mniej liczne pokolenia oznaczają mniejszy realny popyt na wszystko, od pieluch przez żywność po dach nad głową. 

Mniej liczne pokolenia młodych to też mniej rodzących się talentów, mniejsze parcie na postęp, innowacje. Jeśli dodamy do tego obciążenie demograficzne, to wyjdzie na to, że nasze dzieci pochłonie problem nas jako starców, a świat istotnie spowolni wyścig. Ale zanim do tego dojdziemy, spójrzmy na dane z Korei. 

Inflacja Korei skakała dość dynamicznie, dopóki przybywało młodych pracowników. Wysoki TFR (>2,2) w Korei trwał do lat 80-tych. To liczne porody, rozrost rodzin i budowanie kraju, więc i zaciągane kredyty. Od początku lat 80-tych inflacja stabilizuje na coraz niższym poziomie — to dość charakterystyczny punkt. Pomijam w tym miejscu zjawiska globalne, zewnętrzne, a szukam korelacji z demografią. 


Wzrost liczby ludności nie urwał się wraz z latami 80'. Trwał do 2020 roku, podobnie rosła liczba pracowników. Obciążenie demograficzne spadało niemal do końca i było silnie ujemnie skorelowane z liczbą pracowników. 


Wniosek: to nie tyle wzrost liczby mieszkańców czy pracowników był dezinflacyjny (bo do roku 1980 wyraźnie nie działał), a niskie obciążenie demograficzne (ang. age dependency ratio). Wraz z nim inflacja notuje nowe minima. Dlaczego?  Dla tego okresu jeszcze jeden współczynnik zwrócił moją uwagę. 


Średnia wieku Koreańczyka wyraźnie rośnie od lat 80'. Nie sposób uniknąć skojarzenia z kredytami: to młodzi je biorą na wykształcenie, mieszkania, auta itd. Starzy nie mają takich potrzeb, tym samym ograniczając kreację pieniądza.

Patrząc z kolei na problemy z deflacją w Japonii i jej demografię można zaryzykować wniosek, że stabilizacja liczby pracowników z okresowym ich spadkiem w latach 1995-2014 wcale nie odwróciła trendu inflacji.  Także spadek liczby ludności od kilkunastu lat nie wywołał tu większej zmiany.

Kwestią otwartą zostanie, na ile rosnąca rzesza emerytów będzie potrzebowała pracujących, a na ile uda się ich zastąpić maszynami. Jaki popyt na pracę to zjawisko zbuduje, windując płace. Możliwości zakupowe emerytów wydają się jednak mocno ograniczone, a systemy emerytalne pod istotną presją (nie wspominając o tych, które są za słabe nawet teraz). Jeden ze scenariuszy to ograniczenie kosztów tak, że przeciętny emeryt zdoła zaspokoić swoje potrzeby (znów deflacja?). To oznaczałoby wzrost wydajności. Ale inny scenariusz to taki, gdzie popyt licznej rzeszy nie będzie zaspokojony przez brak środków i spowoduje kolaps demografii starszego pokolenia, który odbije się na ekonomii. Paradoksalnie, bogactwo per capita może rosnąć przy spadku realnej produkcji. To brzmi inflacyjnie.

Biorąc pod uwagę szeroki charakter demograficznych problemów niskiej dzietności, póki co łagodzony migracją, wydaje się, że na poprawę losu czasu zostaje coraz mniej. Globalnie patrząc, to według prognoz ONZ świat od 2020 roku starzeje się, a spadająca dzietność przyspiesza ten proces. Czy to dysinflacyjny globalny trend? Przy podziałach. cofnięciu globalizacji i barierach politycznych trudno to jednoznacznie określić. Zachęcam natomiast do śledzenia losów czołowych azjatyckich gospodarek, może tak będzie łatwiej znaleźć odpowiedzi na postawione pytania.  

7 grudnia 2019

Trzynastka, czternastka? Nie, dziękuję.

Ten wpis dotyczy systemu emerytalnego w Polsce. Od ostatniej reformy mamy w Polsce system zdefiniowanej składki, czyli taki, w którym wysokość otrzymywanego świadczenia zależy od wysokości wnoszonej do systemu składki (i waloryzacji). Każdy sam finansuje emeryturę, im więcej oszczędzisz czy uskładasz, tym więcej masz. Wysokość emerytury, przynajmniej modelowo, ma związek z wysokością wpłaconych składek.

Tak właśnie zaplanowano to w ZUS, wspomnijmy jednak, że mamy jeszcze w Polsce inne zakłady emerytalne i systemy: KRUS, uprzywilejowane systemy mundurówki i sędziów, Kartę Nauczyciela. Jednak to właśnie system ZUS-u uważany jest za sprawiedliwszy przez brak przywilejów i bardziej zbilansowany, taki był cel reformy.

Nie jest jednak pozbawiony wad. Nie ma np. żadnego dziedziczenia środków po śmierci osoby ubezpieczonej, która nie przeszła na emeryturę (jest tylko renta rodzinna). Waloryzacje emerytur są niskie w porównaniu z waloryzacją składek, co powoduje ubożenie emerytów starszych roczników. Po pewnym czasie wielu z nich, zamiast dostawać emeryturę adekwatną do włożonej pracy i składek, dostaje emeryturę minimalną. Właśnie emerytura minimalna to kolejna niedopracowana część systemu: przysługuje osobom z 25 (panowie) lub 20 latami (panie) składkowymi bez względu na wysokość składki, a sama kwota wyznaczana jest decyzją polityczną, czasem rośnie bardziej niż reszta emerytur.

Przykładowo, jakie są tego skutki. W 2018 r. emerytura minimalna wynosiła 1030 zł. Waloryzacja w 2019 r. wynosiła 2,86%, ale gwarantowane minimalne świadczenia wzrosły nie mniej niż 70 zł. Ten mieszany charakter sprawił, że emeryt mający emeryturę minimalną zyskał tyle samo, co mający np. 2000 zł emerytury. Nastąpiło spłaszczenie świadczeń. Najbardziej stratne mogły czuć się osoby z emeryturą niższą niż minimalna - im przysługuje prawo tylko do waloryzacji procentowej. Także wysokie emerytury zyskały wyłącznie na wzroście procentowym. Mieszany wzrost jest właściwie niesprawiedliwy, odbywa się kosztem części emerytów na rzecz tych, którzy są blisko minimalnej. Gdyby nie to, waloryzacje procentowe mogłyby być większe. Z tego samego powodu grupa emerytur minimalnych rośnie, tworząc statystyczny bąbel, ciągnący jak magnes:

W istocie mieszana waloryzacja to wynalazek komunistyczny, bliski zasadzie "wszystkim po równo". Tym, co pracowali uczciwie, i tym, którzy się obijali i ograniczyli do minimum. To zupełnie nie buduje zaufania do systemu i jest sprzeczne z poczuciem sprawiedliwości. To także premiowanie wszelkich cwaniaczków, którzy unikali płacenia składek, czy uciekali w minimalne, albo ukrywali część dochodów w szarej strefie. Ich premiuje teraz państwo PiS, już nie tylko waloryzacją kwotową, ale i nowym wynalazkiem: trzynastą emeryturą!

A wkrótce może i czternastą, obiecaną wyborcom, którzy dostają emeryturę poniżej 120 procent wysokości średniej emerytury. Czyli po raz kolejny demotywuje się ludzi od płacenia wysokich składek: widzisz, po co było się starać o większą emeryturę, PiS da! Nazwa "jarkowe" miała podkreślać wdzięczność dla wodza partii, a tymczasem zostanie pamiątką po osobie, która niszczy system zdefiniowanej składki i motywację do odkładania na emeryturę. Po co PPK, Jarek da!

No bo po co dodatkowo odkładać, tworzyć jakieś PPK, gdy oto jakiś wódz przyjdzie i po prostu rozda pieniądze? Ba, robi to z poparciem ludzi nie rozumiejących, co naprawdę wspierają, bo wydaje im się, że to "dar". Nikt zresztą nie odmówi trzynastki, gdy sytuacja ogólna emerytów pogarsza się z roku na rok, nie o to chodzi. Brak jest spójnej, długoterminowej polityki, co pokazała już sprawa OFE. OFE nie tyle były złym pomysłem, ile były źle zaplanowane kosztowo: to trochę jakbyście budowali dom i kasa skończyła się przy murowaniu drugiej ściany. Brak planu, mamy za to szarpanie się, pobłażanie niskim instynktom, brak oparcia o wartości kardynalne. Ważne, byśmy uświadomili sobie, że to zła decyzja i dzieje się to kosztem innych emerytów oraz przyszłych pokoleń.

Tak, tak! To nie Jarek funduje dodatkowe emerytury, bo środki na nie mają pochodzić z Funduszu Rezerwy Demograficznej oraz Funduszu Osób Niepełnosprawnych. Czyli teraz przejadamy rezerwy, niepełnosprawni dokładają sprawnym, a to nie koniec. Trzeba znaleźć środki na czternastkę. Budżet miał się spinać, początkowo szukano środków w zniesieniu limitu składek ZUS (słynna 30-krotność), co miało dać 3 miliardy. To oprotestowano, znalazł się za to inny "myk": oto PKN Orlen kupi Energę, cena to 7 zł za akcję. A większość akcji Energi posiada Skarb Państwa. Spółka ma słabe notowania, jak zresztą większość energetycznej branży. I tak SP wyciągnie za nią pieniądze od Orlenu, gdzie też co prawda ma udziały, ale procentowo niższe. Notowania Orlenu po decyzji spadają, na koniec dnia to -6,3% - prawie tyle, co kapitalizacja Energii.

Nie wiem, jakim cudem dalej rząd chce finansować akcje typu czternastka, ważne, abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, że to nie jest nic dobrego. To niszczenie systemu zdefiniowanej składki, demotywowanie ludzi, którzy już i tak nie mają wielkiego zaufania do systemu, ZUS, nie za bardzo potrafią oszczędzać i odkładać. Za chwilę do tego dojdzie demontaż OFE, z którego pieniądze, zamiast trafić na emerytury, znowu mogą zostać przejedzone, i znowu powróci temat emerytalnej nędzy. Być może po to, by wprowadzić emerytury jednakowe, tzw. obywatelskie, czyli nędzę powszechną i komunistyczną, z jaką władzy było po drodze tyle lat.

Nie dajcie się na to nabrać. Dawanie po równo za różną pracę nie jest dobre. Te transfery to jedynie okradanie jednych emerytów dla innych, tych bliższych urn wyborczych. Żadne obietnice, żadne "prywatne PIKE" nie pomogą, jeśli będziemy sobie pobłażać i konsumować to, co ma być rezerwą na starość i kryzys.

28 września 2019

Finansowanie 500+ - nowa odsłona planu i jego ukryte koszty

We wpisie sprzed pół roku zastanawiałem się nad finansowaniem 500+ wskazując wykorzystanie rynku pracy. I oto stało się - PiS ogłasza program stopniowego podbijania płacy minimalnej. To brakujący element układanki finansowania. Gwałtowne wzrosty mają być impulsem do automatyzacji i podniesienia wpływów ZUS i z PIT, VAT. Do programu 500+ dołączono nowe obietnice socjalne, wypłaty dla emerytów i niższe podatki dla młodych pracowników. Te obietnice trzeba z czegoś finansować, dlatego między innymi ponownie sięgnięto po sprawdzony sposób: podbicie płac minimalnych. Tym razem w wersji turbo, czyli tempie dwa razy wyższym niż dotąd.

Wskazywałem wcześniej też ryzyka takiego planu, i one jak najbardziej się materializują. Dotyczą głównie budżetówki i poziomu jakości usług społecznych. Mieliśmy już strajk nauczycieli, a w obliczu rosnących płac w reszcie gospodarki można dalej spodziewać się usprawiedliwionych roszczeń i odejść z zawodu, który już teraz zaczyna borykać się z problemem braku pracowników w dużych miastach. Ludzie nie chcą być wykorzystywani, mają alternatywy, a rząd proponując płace poniżej płacy minimalnej śmieje się nauczycielom w twarz. Jeśli tak dalej pójdzie, dyrektorzy szkół będą musieli zatrudniać mało doświadczone pedagogicznie osoby, by wypełnić etaty. To oznacza nieunikniony spadek jakości nauczania szkół publicznych, a co za tym idzie tworzenia szkół prywatnych podtrzymujących jakość za cenę, jaką będą mogli zapłacić tylko bogatsi. Zamiast zrównywania szans dzieci nastąpi tworzenie nowych elit.

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w służbie zdrowia, bo nie rozwiązany jest problem braku pielęgniarek, zadłużenia szpitali i braków kadry lekarzy. Coraz częściej pracują w szpitalach lekarze najstarsi oraz bardzo młodzi rezydenci, a mimo to i tak likwiduje się kolejne oddziały. Fatalnie wygląda obsada pielęgniarek - brak młodej kadry. Nie rozwiązano problemu dostępu do specjalistów, ale sypnięto pieniędzmi na niektóre zabiegi, skracając kolejki np. na operację zaćmy. Akurat w tym temacie toczono walkę z wiatrakami, próbując ograniczyć wyjazdy pacjentów do Czech, gdzie ten zabieg wykonywano bez limitów. Problemy w ratownictwie i niewydolność SOR stają się powszechne.

Strategia odpuszczania sobie jakości i podwyżek w budżetówce ma prosty cel: ograniczenie kosztów, które rosną za sprawą polityki płacowej i socjalnej rządu. Nie da się powstrzymać podwyżek w budżetówce na zawsze, ale opóźnianie ich i odciąganie ma tworzyć przestrzeń na zyski, które częściowo sfinansują socjalne programy. Inne filary finansowania to walka z luką VAT (nowe szacunki mówią, że ograniczono ją o 5%, co w okresie 2016-18 oznaczało 21,1 mld zł), podatek bankowy oraz jednorazowe zdarzenia jak zyski NBP i aukcja częstotliwości. Jednak dopiero trwałe podniesienie PKB i wpływów daje bezpieczeństwo finansowania, bo koszty programów będą relatywnie niższe. Kupowanie czasu pozwala też doczekać momentu sprawniejszej kontroli ściągalności VAT. Czy do tego dojdzie, czy będzie próba wrzucenia kolejnego biegu w płacach?

Plan ma też inne ryzyka, bo wysoka płaca minimalna względem średniej jest czymś nie testowanym w świecie. Może zaszkodzić biznesowi, spodziewam się więcej analiz tego tematu w przyszłości. Na razie premier radzi przedsiębiorcom: postawcie na innowacje i automatyzacje.

A czy programy socjalne w obecnej formie spełnią swoją rolę i są dobrym wyborem? Program 500+ jak dotąd nie wykreował boomu urodzeń, a jedynie zahamował spadek urodzeń. Ograniczył ubóstwo rodzin z dziećmi, ale już wkrótce 500 zł przestanie być takim bodźcem, jakim było: w 2016 roku to było niemal 37% płacy minimalnej, w 2024 ma być jedynie 17% tej płacy. Do tego państwo zawodzi tam, gdzie trudno mu dorównać indywidualnie: w ochronie zdrowia i powszechnym kształceniu. 500 zł wydane na zdrowie i nauczanie w rodzinie średnio co miesiąc wydaje się coraz bliższą perspektywą. Dać pieniądze jest zdecydowanie łatwiej, niż zbudować funkcjonującą placówkę, której sprawność i dostępność dałaby znacznie wyższe społecznie zyski. Czy trzynaste emerytury wyrównają emerytom wyższe wydatki za pięć lat, gdy średnie płace pójdą ostro w górę? Szczerze w to wątpię, choć dyskusja, kto jest bardziej efektywny w realizacji indywidualnych potrzeb: starszy człowiek czy państwo - pozostaje otwarta.

Gdybym miał coś doradzić rządowi, to... by sami się słuchali. Automatyzacja, powtarzalność? Ok, to działa, dlaczego więc nie ma gotowych lekcji multimedialnych, podręczników otwartych na zmiany, najlepiej online? Dlaczego armia urzędników zajmuje się zbędnymi papierowymi dowodami rejestracyjnymi pojazdów? Czy sprzedaż leków zostanie kiedykolwiek zautomatyzowana w dobie e-recept?

5 kwietnia 2019

Dlaczego nauczyciele strajkują?

W przededniu strajku w social mediach przetacza się dyskusja o nauczycielach, nie brakuje słów krytyki i braku zrozumienia. Nauczyciele żądają podwyżek płac, ale nie można na to żądanie patrzeć tylko z perspektywy wysokich wymagań finansowych. Mogę coś na ten temat powiedzieć, bo znam to środowisko. Za strajkiem stoi poczucie krzywdy.

Obecnie początkujący nauczyciel bez przygotowania pedagogicznego i studiów może zarabiać poniżej minimalnej krajowej. Tylko ułamek doświadczonych wieloletnich nauczycieli dyplomowanych, otrzymujących dodatki, osiąga średnią krajową. Ten pułap na starcie kariery nauczyciela wydaje się niemal nieosiągalny, patrząc z perspektywy włożonego wysiłku. Praca nauczyciela nie jest poprawnie wyceniana, bardzo słabo premiuje się osiągnięcia, wyniki w nauczaniu. Tu nie ma cen rynkowych, bo głównym pracodawcą jest państwo, szkoły prywatne to niewielki odsetek całości. A tymczasem płace szerokiego rynku rosną, wspierane przez rosnącą płacę minimalną i programy socjalne jak 500+.

Państwo jest beneficjentem wzrostu płac w wielonasób: ściąga więcej podatku PIT, korzysta na konsumpcji, rosną wpływy ZUS. Z drugiej strony, państwo jest pracodawcą budżetówki. Już rok temu we znaki dawały się wakaty i protesty policjantów, i ich żądania spełniono. Protestowały i jeszcze zapewne dalej będą protestować pielęgniarki, których w służbie zdrowia brakuje tak drastycznie, że zamykane są szpitalne oddziały. Sytuacja w państwowej służbie zdrowia jest napięta i nie ma jaskółek poprawy. Państwo po prostu nie chce płacić ludziom stawek rynkowych, a chce korzystać na wzroście płac. Mieć ciastko i zjeść ciastko. Wzrost płac w budżetówce jest nieuchronną konsekwencją ogólnego wzrostu i nie branie go pod uwagę w finansach jest karygodnym błędem. A wmawianie społeczeństwu, że takie żądania są wrogie, to działanie iście w stylu propagandy totalitarnej. Przy utrzymaniu takiej sytuacji jakość usług państwa będzie spadać na dno.

A teraz pora na nauczycieli. Wg GUS nauczycieli jest niemal pół miliona. Ta ilość oznacza, że każda podwyżka jest bolesna dla budżetu i od lat próbuje się prawa nauczycieli ograniczyć. Słabe płace w zawodzie sprawiają, że mit pewnego zatrudnienia i pokusa benefitów jak wakacje nie wystarcza. Rynek pracy można postrzegać jako wiele mikro-rynków poszczególnych zawodów. Każda osoba może wybrać zawód, do którego ma predyspozycje, ale nie jest skazana na wyłącznie jeden. Dobry matematyk może zostać programistą (ba, nawet filozof!), anglista - tłumaczem przysięgłym itd. Można powiedzieć, że rynek pozwala na substytucję niektórych specjalistów innymi. Osoby, które związały się z zawodem nauczyciela wiele lat temu mają ten wybór ograniczony. Teraz mogą mieć uzasadniony żal, że podbija się płace minimalne ogółowi, a im daje mniej.

Propozycje rządowe, by zwiększyć pensum nauczycieli o 33%, jednocześnie wskazując wyższe kwoty, wydają mi się zwykłym kiwaniem przez cwaniaczka. Nie da się bowiem podnieść pensum bez podnoszenia ilości godzin pracy (jak się deklaruje), bo narzucono nauczycielom zbyt wiele obowiązków. Co prawda część nauczycieli jest na tyle dobrze zorganizowanych, że pracuje ponad etat, by zarobić więcej, ale dla wielu jest to wysiłek na dłuższą metę nie do przyjęcia. Czasem łączą części etatu w paru szkołach, nawet na rożnych poziomach, jak do tego dołożyć 33%?Skutkiem ubocznym podniesienia pensum byłaby adekwatna redukcja etatów - kto się na tyle zgodzi? Do tego rządowe obietnice są gruszkami na wierzbie - rozłożone na wiele lat w przód.

Dodajmy do tego tło. TVP na prawo i lewo trąbi o sukcesach finansowych. Miliardy, dziesiątki miliardów zysku. Rozdawanie 500+ każdemu dziecku i 1000 emerytowi. I w tej sytuacji ma nie być żądań płacowych? Gdy byle menel może otrzymywać z budżetu pięćsetek tyle, co nauczyciel? To jest jawna kpina z odpowiedzialnego zawodu i proszenie się o dalsze kłopoty jak np. kolejne żądania i obniżenie poziomu nauczania. Nie można robić wyjątków we wzroście wynagrodzeń, bo to się skończy katastrofą, na którą budżetu na pewno nie stać. Mimo to jest parcie właśnie w takim kierunku: rozdawnictwo i niechęć płacenia za pracę.

Na Twitterze jedna z osób, którą obserwuję, @Wad_emecum, słusznie zauważył, że nauczyciele powinni wywalczyć sobie przede wszystkim indeksacje płac w oparciu o średnią czy płacę minimalną. Rządowa propozycja rozłożona na lata może nawet nie rekompensować obecnego i przyszłego wzrostu płac. Ponadto uważam, że czas poluzować siatkę płac w zawodzie nauczyciela tak, by stał się konkurencyjny w stosunku do zawodów pokrewnych w poszczególnych przedmiotach nauczania. Kto zatrudni się jako nauczyciel informatyki, mając szansę na lepsze zarobki w firmach IT? Jak na niskich płacach nauczycieli wyjdą nasze dzieci, gdy jakość szkół adekwatnie spadnie? Jak to się ma do równych szans dzieci i prawa do edukacji?

24 września 2017

7 miesięcy 2017 - czy gospodarka ma się lepiej?

Mija ponad pół roku 2017, TVP i inne media przychylne PiS od miesięcy opowiadają o sukcesie gospodarczym rządu, który polega na wzroście ściągalności VAT poprzez uszczelnienie systemu. Powtarzane jest hasło "wystarczy nie kraść" i wskazywana nadwyżka w budżecie. A jak to się ma do faktów?

Względem 2016 wzrosły płace - ok. 6.6% r/r w lipcu. Przyczynia się do tego nie tylko rynek pracownika, ale i rekordowy wzrost płacy minimalnej o 8% i zdecydowany nacisk na umowy godzinowe o pracę - faktyczne 13 zł za godzinę, do tego spada bezrobocie o ok. 1.4 pp. Mamy też program 500+ wpompowujący w tym okresie ok. 6 mld zł więcej r/r. Nic więc dziwnego, że rośnie też konsumpcja: sprzedaż detaliczna liczona w cenach bieżących rośnie ok. 8%, a VAT ok. 7,9% - czyli niemal proporcjonalnie. Jeśli nastąpiło tu jakieś uszczelnienie, to są to kwoty ginące w skali konsumpcji, której przyczyną są zmiany na rynku pracy i jego uszczelnienie. I to jest sukces rządu, a telewizyjne hasła to głównie propaganda.

Przypływ gotówki jest konsumowany, a budżet na tym korzysta i to w wielonasób: rośnie wpływ z PIT, składki ZUS (przedsiębiorców także - od płacy minimalnej), no i VAT. Stąd dobre wyniki budżetu. Ale jest druga strona medalu. W płacach w budżetówce będzie konieczna podwyżka, rośnie koszt pracy, a do tego pobudzono inflację. Na inflację wpływ ma nie tylko fakt, że więcej jesteśmy skłonni wydać, ale też koszty pracy. Praca zdrożała szczególnie tam, gdzie była najtańsza: w restauracjach, barach, kinach, ochronie mienia, sklepach - tam, gdzie płacono słabo. Wyjaśnię to na przykładzie firmy Gwarant.

Spółka Gwarant zajmuje się ochroną mienia (sklepy, budowy, stacje, osiedla itp.) i jest zależna od Impela. Dotąd generowała dla niego zyski. W tym roku w spółce głównie na skutek zmian cen pracy koszty wynagrodzeń wzrosły o około 24%. Płacili pracownikom słabo, teraz płacą przepisowo. Oznacza to też, że wcześniej generowane zyski niemal wyparowały i spółka musi negocjować kontrakty, by przetrwać. Skutkiem jest podwyżka cen usług - adekwatnie do płac. Na taki szok cenowy klienci nie zawsze chcą przystać i czasami rezygnują. To z kolej powoduje zahamowanie przychodu i spadek zapotrzebowania na pracę. W konsekwencji klienci są zmuszeni zapłacić wyższe ceny lub ograniczyć konsumowanie usług. Wzrost cen przełoży się na koszty klientów generując za jakiś czas inflację. Póki co topnieją zyski i to boli małe i średnie firmy. Podsumowując, rynek pracy wyciąga z nich pieniądze, co grozi nie tylko inflacją, ale również ograniczeniem przychodów i zysków firm. Budżet państwa odczuje te problemy z opóźnieniem, gdy wzrosną koszty obsługi długu, koszty pracy w budżetówce i ceny usług kupowanych przez państwo.

W 2018 roku znowu wzrośnie płaca minimalna (5%) i utrzyma się presja płacowa; nie będzie to jednak tak duży impuls jak w roku bieżącym. Warto dodać tu tło demograficzne: mamy rynek pracownika, mniej osób zaczyna pracę niż ją kończy. Liczba urodzeń rośnie o ok. 15 tys., ale rośnie też liczba zgonów, przyrost jest bliski zera. Ciężko będzie utrzymać taką dynamikę urodzeń, bo średnia wieku rośnie i przekroczyła 40 lat. Dlatego oceniam, ze nie ma wielkich szans na powtórzenie sukcesów połowy roku 2017, a zwiększa się liczba zagrożeń. Pojawi się tez efekt wysokiej bazy, trudno będzie o równie wysoką dynamikę. Stąd powstaje obawa, że nadwyżka budżetu zniknie jak sen, zaś inflacja albo jest zaniżona, albo pojawi się wkrótce.

26 lutego 2017

Precz z abonamentem!

Władza wymyśla nowe rozwiązania w kwestii abonamentu RTV. Czyli podatku na państwową telewizję i radio - reliktowi socjalizmu i rozwiązaniom z poprzedniego wieku.

Zacznę od walki z mitem: to nie jest prawda, że wszędzie jest abonament. Zobaczcie sami w wikipedii. Media mogą funkcjonować inaczej, a w XXI wieku, wieku internetu i powszechnej informacji, to jest kompletny przeżytek. Substytucja jest zbyt duża. Płacenie za radio i telewizję państwową, z której praktycznie nie korzystam, to jak podatek drogowy za rower na balkonie.

Jeśli dodać do tego ładunek propagandy w TVP, to można powiedzieć, że media publiczne to jakaś pomyłka. Do tego dochodzi trwonienie pieniędzy, w którym to obecny prezes, p.Kurski, jest liderem.

W 2015 roku strata była poniżej 40 mln zł, ale w ubiegłym roku według wstępnej informacji podanej przez prezesa Jacka Kurskiego wyniosła aż 188 mln zł.

- pisze autorka artykułu na money.pl i analizuje, że tylko kilka minut więcej reklam oraz sprawniejsza ich sprzedaż mogłaby tą dziurę zasypać. Przecież to ciągle popularna telewizja, która może konkurować na rynku. Wynika z tego, że możliwych jest kilka opcji, które umożliwiają finansowanie telewizji bez podatku nazywanego abonamentem.

1. Prywatyzacja telewizji. Opcja politycznie i społecznie niepopularna, ale przywracająca normalność.
2. Zwiększenie limitu dopuszczalnych reklam, zmiana prawa w kierunku przerw w emisji filmów i poprawa efektywności sprzedaży reklam. To działania przybliżające finansowanie publiczne telewizji do prywatnej konkurencji.
3. Przejście na model kilku kanałów: tani w produkcji, bezpłatny kanał informacyjny/publiczny i płatny, kodowany, komercyjny. To rozwiązanie pośrednie, łączące zalety, ale i część wad.
4. Finansowanie z budżetu, np. z koncesji na emisje i kanały nadawcze innych telewizji. To byłoby najlepsze rozwiązanie, w powiązaniu z p.2. Na drodze stoją tu inne wydatki publiczne, w tym 500+.

Ponadto możliwe jest podjęcie działań potaniających produkcję TVP:
- obniżenie kosztów funkcjonowania instytucji, przegląd zasobów, ograniczenie kosztu imprez typu sylwester.
- finansowanie produkcji filmowych, jako niezależnych inicjatyw, ze zbiórek publicznych, społecznościowych, organizacji pożytku publicznego - tak można np. zrobić produkcje historyczne.

Myślę, że to świetna okazja, by przywrócić normalność i odrzucić głupie pomysły takie jak zmuszanie operatorów kablówek do przekazywania danych osobowych. Sądzę, że oba rządowe projekty spowodują dużo oporów, a operatorzy kablowi mają sporo do stracenia. Na wszelki wypadek, uprzedzając złodziejskie inicjatywy, proponuję przejrzeć zawarte umowy z operatorami i zrezygnować z usług tych, których się nie korzysta. Tak właśnie robię i muszę rozwiązać starą umowę na sygnał analogowy TV w budynku (stare dzieje, okres przejścia na cyfrowe nadawania). Jeśli ktoś chce oglądać telewizję, to antena naziemna to obecnie nawet 27 kanałów, wraz z internetem lub usługami wideo na żądanie to olbrzymi wybór bez konieczności zawierania umowy z kablówką.

Zauważcie też, że o problemie radia w ogóle się nie mówi i kwoty dla Polskiego Radia nie wydają się być problemem, mimo że nie są małe, abonament nie pokrywa kosztów i w popularności PR przegrywa w Polsce z prywatnymi nadawcami wszędzie. Radio publiczne przestało się liczyć i telewizja zmierza w tym kierunku. PR przegrało walkę i zdaje się, że przeszło na komercję. Porównajcie ostatni link z tym:informacja o finansach PR 1 z 2016 r. Problemy magicznie zniknęły.

Na koniec: powiedzcie NIE propagandzie w TVP i radiu! Precz z przymusowym finansowaniem tego partyjnego tworu!

6 lutego 2017

Finansowanie 500+ w 2017r. : na dwoje babka wróżyła, a co dalej?

Na Twitterze dyskutowałem z Rafałem Mundrym na temat interesujacego artykułu, jaki napisał odnośnie ściągalności VAT, która pozornie załamała się w grudniu 2016 r. Dyskutowaliśmy także finansowanie programu 500+.

Zdaniem Rafała finansowanie w 2016 r. oparto nie tylko o aukcję LTE, ale również o zysk z NBP z poprzedniego roku (7,8mld zł). To b. ciekawa teoria, gdyż pierwsze pogłoski o zysku NBP pojawiły się niewiele przed rozpoczęciem programu 500+. W tym kontekście podatek bankowy czy handlowy to w 2016 roku była jedynie poduszka finansowa, uzupełnienie planu. I faktycznie, z podatku handlowego nic nie wyszło, a bankowy dał ok. 3,5mld zł, choć apetyt był wcześniej większy, na ok. 5 mld zł.

W tym roku na aukcję LTE nie ma co liczyć, liczono więc głównie na wyższą ściągalność VAT. Zapoznajcie się z artykułem; ściągalność niby rosła i rosła... aż w grudniu zdechła.

Po lekturze jasne wydaje się, że grudniu dokonano sztuczki polegającej na przyspieszeniu zwrotów VAT, który to zwykle był opóźniany i wstrzymywany. Jak wskazuje doradca podatkowy Marcin Wrotniak, przez rok skrócono okres oczekiwania na VAT o niemal miesiąc. O celowym działaniu mówi posłanka Izabela Leszczyna: rząd wie, że rok 2017 będzie trudny. Wniosek to: przyspieszono zwrot VAT, aby w razie potrzeby go znów opóźnić, a skala tego zjawiska wyszła w grudniu. Jak pisze Puls Biznesu, taki mechanizm był już używany. Ile więcej wypłacono? Tu Rafał i ja mamy nieco rozbieżne poglądy. Nie wiadomo dokładnie ile to jest, ja liczę że pi razy drzwi jest to 4-5 mld zł i o tyle zaniżone są dane roczne. Wzrost ściągalności VAT uważam za realny, choć może przesadzony w danych. Sądzę, że w tym roku da nawet ok. 8 mld podatku realnie więcej względem roku 2015.
Zdaniem Rafała do zdecydowanie za duże kwoty: opóźniony VAT w III pierwszych kwartałach to było dodatkowe 550 mln. Zwrot VAT może dać max 1-1,2 mld, mówi mój rozmówca, zaś na wzrost podatku VAT w 2017r. można liczyć 3-4 mld, a 1-2 mld może dołożyć inflacja, oczywiście względem 2016 r.

Zgodni za to jesteśmy co do tego, że znowu NBP wypłaci znaczny zysk, który może ratować program. Mówi się o 10 mld zł w mediach, Rafał uważa, że może być to nawet więcej, 12-14 mld zł. Czyli będzie to główny filar 500+.

Jeśli policzymy jakikolwiek z ww. wariantów wzrostu wpływu VAT, to dojdziemy do wniosku, że bez zysku NBP nie wystarczyłyby na finansowanie 500+, to pewne. Na pozostałe podatki, jak PIT i CIT, specjalnie bym nie liczył, bo wzrost PIT pochodzi też ze wzrostu płac minimalnych, a to nie sam zysk i mleko z miodem, ale i wyższe koszty funkcjonowania państwa. Spore potrzeby będzie miał też ZUS ze względu na skrócenie wieku emerytalnego i program 75+. Obietnice wyborcze sporo kosztują w tym roku.

Ostatnim filarem finansów 500+ jest podatek bankowy i tu zebranie 3.5 mld zł po raz kolejny wydaje się realne. W końcu OC drożeje nie bez powodu, prawda? Zysk firm ubezpieczeniowych przełoży się na podatek bankowy. Może uda się zebrać nawet więcej, liczyłbym na 4 mld.

W wariancie ekstra-optymistycznym wpływy z NBP, VAT, podatku bankowego wystarczą na 500+. Dodatkowe pieniądze może dać opóźnienie zwrotu VAT. Jeśli policzyć tylko wpływy minimalne, bez opóźniania zwrotu VAT, to otrzymamy mniej niż zakładane potrzeby, szacowane na ok. 23 mld zł. Wariant realny to coś "pomiędzy", więc poduszka "opóźnieniowa" może być potrzebna. Ale co dalej? W 2018 roku trudno oszacować, czy NBP coś dorzuci, za to prawdopodobne jest golenie OFE z pieniędzy, rozbiór OFE da 35-40 mld zł. Czyli czekać nas może przejadanie emerytur.

Jakby nie liczyć, jasne jest, że 500+ finansujemy płacąc wyższe opłaty bankowe, OC, ale i poświęcając dodatkowe wpływy, które można by przeznaczyć np. na obniżenie podatków. Gdy ich zabranie, istnieje ryzyko przejedzenia oszczędności emerytów. Obraz programu 500+ w mediach to "walka z biedą", ale druga strona tego medalu to drenowanie naszych kieszeni i ryzyko biedy emerytów.

6 stycznia 2017

Gdzie jest ryzyko w pożyczkach? Minister nie wie.

W tym wpisie zdradzę wiedzę, która z punku widzenia rynku social lending jest bezcenna. Ale może wkrótce być bezwartościowa, bo Ministerstwo Sprawiedliwości chce skasować tę niszę. W wywiadzie udzielonej Gazecie Prawnej minister Warchoł przedstawia swój pogląd na pożyczki prywatne oraz opowiada o szkodowości. Rzecz w tym, że minister ryzyko postrzega jako funkcje zależną od czasu i kwoty. Tymczasem rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona, a główne czynniki ryzyka są inne. Minister sprawiedliwości może o tym nie wiedzieć, przecież nie zna się na tej branży. Mimo to rości sobie prawo do regulacji rynku. A skąd ja wiem o ryzykach?

Byłem aktywnym obserwatorem i użytkownikiem portalu kokos.pl dwa lata. To jeden z największych polskich serwisów social lending. Miałem też praktykę w banku przy ocenie ryzyka kredytowego. Mogę pokusić się o porównanie tych dwóch światów. Doświadczenie to, jak sądzę, w dużej mierze pokazuje sytuację dot. ryzyka w firmach pożyczkowych.

Początkowo myślałem, że metody weryfikacji poznane w banku sprawdzą się w pożyczkach prywatnych. Badanie dokumentów, wyciągów, BIK, itd. Nie sprawdziło się dosłownie nic. Pożyczkobiorcy bardzo często fałszowali dokumenty albo dostarczali takie, które nie pokazywały faktycznego problemu. Generalnie kłamali jak z nut, nie tylko na temat swojej zdolności kredytowej, ale też powodu pożyczki. Byli więc emeryci, którzy pożyczali kilka dni przed zajęciem komorniczym emerytury, fałszerz dowodu osobistego, przedsiębiorca, który następnego dnia zamknął firmę, itd. Ludzie nie boją się oszukiwać, bo nie są karani. Prokuratura często umarza tego typu sprawy sygnalizowane przez osoby prywatne. Co innego, gdy sprawę zgłosi bank; tak wygląda nasza równość wobec prawa. Sprawdzenie BIK i BIG pomagało tylko w skrajnych przypadkach. BIK sprawdzany był tylko w uproszczony sposób: źle/dobrze, bez pełnej historii. Firmy pożyczkowe maja teraz dostęp do szerszej informacji, ale to kosztuje, nie wszystkie chcą ten koszt ponosić. Klient, który przychodzi po pożyczkę, często chce się ratować zanim dojdzie do zdarzenia kredytowego w banku, z reguły wie, że wypadnie pozytywnie.
Próbując swoich sił początkowo popełniłem podobne błędy co red. Samcik, potem jednak zrozumiałem, gdzie jest ryzyko - albo raczej, poznałem gdzie jest niewielkie.

Najryzykowniejsi okazują się nowi pożyczkobiorcy. Dla nich portal kokos.pl ma najwyższe prowizje (obecnie 20%, kiedyś mniej, teraz połowa trafia do pożyczkodawców). Nawet to jednak nie rekompensuje ryzyka, tylko nieliczni otrzymują pożyczkę. Dopiero sprawdzeni parokrotnie pożyczkobiorcy cieszą się zaufaniem i niższymi cenami.

Kluczowe jest więc rozpoznanie, czy klient ma powód, by spłacić pożyczkę, czy jest wiarygodny, czy ma szansę zarobić na dług (może jest np. twórcą, freelancerem, wykonuje inny wolny zawód, handluje, programuje itp.). Spłaci czy nie? Ci którzy chcą spłacić, często walczą o niskie koszty i odsetki. Negocjują. Nie jest to niestety pewna wskazówka, ale zawsze coś.

Druga grupa ryzyka to osoby spłacając jedną pożyczkę następną. Ich zadłużenie rośnie błyskawicznie. Niektórzy z nich spłacają szybko pierwszą pożyczkę, by sięgnąć zaraz po następną, o wiele wyższą. Na portalu istnieją limity kwotowe, na początku nie jest to możliwe. Szczególną odmianą takich dłużników jest grupa przerzucająca dług z jednej instytucji do następnej. Ich zadłużenie rośnie, ale przez dłuższy czas można się nie połapać, bo pożyczki spłacane są z początku do zera. Rekordzista w spłacaniu jednych pożyczek drugimi zadłużył się na około 1.5 mln. Sam przyznał, że poniosła go fantazja w biciu rekordu(!).

Idealni pożyczkobiorcy najpierw budują zaufanie, a potem utrzymują dług w ryzach. Często spłacają pożyczki nie biorąc kolejnych jakiś czas, powoli pokazują, że mogą spłacić nawet wysokie kwoty. Regularne pożyczki po 10 tys. mogą nie być problemem i nie muszą być szczególnie drogie. Warunkiem jest dotrzymywanie terminów spłat, dobra komunikacja. Uczciwość jest premiowana. I wtedy idea social lending zaczyna się realizować. A pożyczają naprawdę przedstawiciele różnych profesji i nie tylko biedni.

Co do czasu pożyczki: jeśli ktoś chce oszukać, czas umowy nie ma znaczenia. Moja statystyka wskazuje, że wysoka spłacalność jest w grupie pożyczek do około roku. Wyraźnie pogarsza się powyżej dwóch lat. Mimo to istnieją osoby udzielające pożyczek nawet na trzy lata - to specjaliści w windykacji. Jest tu pewna skokowość niż proporcjonalność ryzyka. Generalnie nie jest to czynnik o najwyższym priorytecie.

Podobnie jest z wysokością kwoty: brak stałej proporcji do ryzyka. Jednych stać na spłatę 1000 zł na m-c, innych nie stać na 100 zł. Istnieje bariera, której lepiej nie przekraczać, ale jest indywidualna.

W firmach pożyczkowych trudno o negocjacje, za to bezpośrednia relacja z klientem może być b. pomocna. Niestety, przy ograniczeniach z nowej ustawy budowanie relacji będzie po prostu zbyt kosztowne.